logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Relacje
MARILLION
Łódź, Wytwórnia
7-9.04.2017
  • Śmiem twierdzić, że tak wyjątkowych dni polscy fani Marillion nie przeżywali nigdy wcześniej. Po raz pierwszy największe święto wielbicieli tej grupy - czyli Marillion Weekend - odbyło się właśnie u nas. Choć trzeba też uczciwie przyznać, że gdyby posłuchać rozmów osób przybyłych do łódzkiej Wytwórni, trudno byłoby domyślić się, że wydarzenie to ma miejsce właśnie w Polsce, bo można było odnieść wrażenie, że procentowo znacznie większą grupę stanowili fani zagraniczni. A ci przyjeżdżali z wielu krajów - tych bliższych, jak Niemcy, Holandia, Szwecja, Norwegia czy Wielka Brytania, lecz także dalszych, jak choćby Brazylia, Kanada, Meksyk czy Chile. Dla nich przede wszystkim olbrzymi podziw za poświęcenie. Bo też nie da się ukryć, że na miejscu zgromadzili się ci, którzy dla grupy Marillion poświęcić są w stanie bardzo wiele. Próżno byłoby tam szukać osób przypadkowych.


    Weekendy z Marillion to wydarzenia wyjątkowe, choć ten polski na pewno nie był tak bogaty w całą otoczkę tego święta fanów, jak choćby te organizowane od lat w Holandii. Odeszło kilka pomniejszych punktów imprezy, nie było jednak specjalnie na co narzekać. Na gości tak polskich, jak i zagranicznych czekało kilka zaprzyjaźnionych lokali na Offie przy ulicy Piotrkowskiej, a także bar w samej Wytwórni, drugiego dnia polski fanklub miał okazję spotkać się w zespołem, tego samego dnia po koncertach towarzystwo chętnie bawiło się do pierwszej w nocy przy największych klasykach muzyki rockowej, a w pozostałe dni dostęp do członków grupy kilkadziesiąt minut po ich zejściu ze sceny generalnie nie należał do przesadnie utrudnionych. Kto chciał, bez problemu dowiadywał się, że ten czy tamten muzyk siedzi sobie przy kawie (lub innym płynie) w hotelowym barze tuż za ścianą Wytwórni, a i krótkie wizyty członków zespołu w głównym hallu klubu się zdarzały. To wszystko złożyło się na mocno rodzinną atmosferę, choć mam wrażenie, że przesadnego masowego bratania się między fanami polskimi i zagranicznymi jednak nie było.


    Była to jednak przede wszystkim impreza muzyczna, więc do muzyki czas przejść. Każdego dnia występ Marillion poprzedzał koncert innej polskiej formacji, wybranej z pewnej puli przez obóz zespołu. Trzeba przyznać, że wybór był tyleż kontrowersyjny (jak zazwyczaj w takich przypadkach), co zapewniający różnorodne wrażenia, bo Walfad, Tides from Nebula i Fismoll zaprezentowały kompletnie różne od siebie klimaty i brzmienia, ale odniosłem wrażenie, że każdy z nich był w stanie zachęcić do zajrzenia na salę koncertową pewną grupkę słuchaczy. O to nie było wcale tak łatwo, bo gdy formacje te zaczynały grać, uczestnicy imprezy w większości dopiero powoli pojawiali się na miejscu. Walfad zaprezentował klimaty przynajmniej teoretycznie najbardziej zbliżone gustom będącej w przewadze progresywnej publiczności, Tides from Nebula zaatakowali mocnym, instrumentalnym post-rockiem, a Fismoll ze swoim zespołem zaczął bardzo spokojnie i klimatycznie, może nawet nieco zbyt subtelnie jak na tak dużą salę, ale z każdym numerem rozkręcał się i pod koniec występu rozruszał chyba wszystkich pod sceną.



  • A po supportach przychodził oczywiście czas na danie główne. Zespół długo przygotowuje się do tych specjalnych wydarzeń, dzięki czemu fani każdego dnia otrzymują coś zupełnie niepowtarzalnego… no dobrze, powtarzalnego tylko w trakcie innych Marillion Weekendów w tym samym roku. Ale w ciągu tych trzech koncertów panowie dwukrotnie wykonali tylko jeden utwór. Dzień pierwszy to prawdziwy przegląd dokonań grupy z obecnym wokalistą, Steve’em Hogarthem. Usłyszeliśmy fragmenty aż dziewięciu albumów zespołu, w tym krótki set akustyczny w środku koncertu. Mnie, jako osobie, która dyskografię Marillion od 1989 roku zna dość pobieżnie, niewątpliwie w głowie najbardziej utkwiły kompozycje, które znam i cenię od dawna, czyli piękne The Great Escape i zagrana na sam koniec wieczoru Gaza.


    Dniem najważniejszym dla mnie pod kątem muzycznym była niewątpliwie sobota. Na początek niemal całe Clutching at Straws, potem krótki fragment Misplaced Childhood i Marillionowej prehistorii w postaci Market Square Heroes, a w drugiej części cała zeszłoroczna płyta F.E.A.R. Jako fan pierwszych, "rybnych" płyt grupy, z jednej strony cieszyłem się na tak dużą dawkę staroci w pierwszej połowie tego występu, ale i nie ukrywam, że obawiałem się o to, jak zabrzmią one w wykonaniu Hogartha. Wiem, że w obawach tych nie byłem osamotniony, ale martwiłem się chyba niepotrzebnie, bo wokalista spisał się wyśmienicie. Jest pewna grupa fanów Marillion, która sprzeciwia się graniu przez obecny skład czegokolwiek nagranego oryginalnie z Fishem, bo trudno się przyzwyczaić tym osobom do innego głosu i sposobu artykulacji, ale w tym wypadku naprawdę nie było się do czego przyczepić. Numery takie jak Hotel Hobbies czy White Russian powaliły swoją mocą, a Sugar Mice poszatkowało mnie na tysiące małych kawałeczków. Jeśli miałbym wybrać jeden, ten najważniejszy dla mnie moment z tych trzech dni, to byłoby to właśnie wykonanie Sugar Mice. Również nowy album w wersji koncertowej prezentuje się bardzo korzystnie, choć i w studyjnej niewiele można mu zarzucić. Z rozmów pokoncertowych mogę wysnuć wniosek, że dla wielu osób, podobnie jak dla mnie, sobota była dniem najważniejszym w tej trzydniowej imprezie.


    Niedzielę zdominowała zagrana w całości płyta marillion.com, co… zostało przyjęte dość chłodno, gdy kilka miesięcy temu zespół ogłaszał, który album będzie tradycyjnym bohaterem dnia ostatniego. Marillion.com to krążek raczej niezbyt kochany przez większość fanów grupy, ale podczas koncertu miałem wrażenie, że ci nie dawali tego specjalnie po sobie poznać. Dla mnie tym razem najważniejszymi momentami były: brawurowe wykonanie kapitalnego, kilkunastominutowego This Strange Engine oraz poruszający utwór King, opatrzony wyświetlanym na ekranie filmem przedstawiającym (w większości) zmarłe gwiazdy muzyki. Oba wykonane podczas drugiej części koncertu, ponownie poświęconej przeglądowi dokonań obecnego składu.
  • I na zakończenie jedyna powtórka - ostatni fragment The Leavers z najnowszego wydawnictwa, który został już wykonany dnia poprzedniego razem z resztą albumu F.E.A.R.


    Pewnie można by skupiać się na jakichś minusach imprezy (głównie wspomniany zaskakująco niski procentowy udział Polaków), ale warto pamiętać przede wszystkim plusy. Wcześniej podobne imprezy znaliśmy jednak głównie z relacji internetowych, opowieści nielicznych polskich fanów, którzy zapuszczali się na zagraniczne konwencje, oraz z wydań DVD. Tym razem mieliśmy okazję doświadczyć tej zabawy na własnej skórze, a spora grupa fanów Marillion z całego świata miała okazję obejrzeć chociaż mały kawałek naszego kraju i przekonać się, że po naszych ulicach nie biegają białe niedźwiedzie (za to jeży w okolicach Wytwórni coraz więcej). Być może takie imprezy to wciąż rzadkość na naszym podwórku i choćby dlatego polscy fani rocka mogą jeszcze nie być przyzwyczajeni do takiej formuły, ale myślę, że nikt tutaj nie miałby nic przeciwko, gdyby polska edycja Marillion Weekend na stałe weszła do kalendarza grupy.
autor: Jakub "Bizon" Michalski

Galerie

MARILLION WEEKEND Łódź, Wytwórnia 7-9.04.2017

więcej >

tagi: MARILLION

...

patronaty



partnerzy