logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
DEEP PURPLE
InFinite
7.04.2017
  • Kiedy płyta już w chwili wydania jest reklamowana przez wytwórnię jako „rockowy album roku”, to trzeba patrzeć na to z przymrużeniem oka. Przymrużyć rzeczone oko należy jeszcze mocniej, jeśli dotyczy to zespołu, który na scenie jest od 50 lat, a wspomniany album jest dwudziestym w jego dorobku. Ile znacie formacji, które nagrywają płytę na poziomie „albumu roku” po 50 latach istnienia? No, to mniej więcej tyle co i ja… No ale zostawmy na bok sztuczki marketingowe. Deep Purple tym razem nie kazali czekać na kolejny studyjny krążek dziewięciu lat. Miło z ich strony, bo moglibyśmy się go nie doczekać. Panowie jak nikt inny zasłużyli się muzyce hardrockowej i mogliby sobie siedzieć w kapciach i szlafrokach przy swoich przydomowych basenach, ale jednak dalej chce im się jeździć w trasy i nagrywać nową muzykę (co do tego drugiego, to jeszcze kilka lat temu zdania w obozie zespołu były mocno podzielone). Jak długo będzie im się jeszcze chciało? Tego nie wiadomo. Pewnie niezbyt długo, o czym świadczyć może nie tylko nazwa rozpoczynającej się niedługo trasy – „The Long Goodbye Tour” – lecz także tytuł świeżego wydawnictwa, InFinite. Ale oni (w różnych składach) swoje już zrobili, więc mogą podchodzić do tego wszystkiego bez większego ciśnienia, jako i ja podchodzę do ich najnowszego krążka.

    Tym razem album nie jest przesadnie długi. Dziesięć utworów i trzy kwadranse – to dobrze. Ostatnie płyty Deep Purple były według mnie o kilkanaście minut za długie, więc żalu o czas trwania InFinite nie mam. A przynajmniej nie „w tę stronę”. Bo to, że ta płyta mogłaby być jeszcze kilka minut krótsza, to już zupełnie inna sprawa. Trzeba przyznać, że całkiem sensownie wybrano single. Time for Bedlam rozbudziło apetyt na całość, bo to nagranie niewątpliwie przebojowe, ale także po prostu dobre. Przy okazji Purple dołączyli do wielkiego chóru doświadczonych artystów rockowych wyrażających swoje niezadowolenie z tego, co dzieje się w ostatnich latach na świecie. Drugi singiel, All I Got Is You, to nieco bardziej nostalgiczne nagranie, choć raczej w warstwie tekstowej niż muzycznej. Ian Gillan odnosi się tu do niełatwych sytuacji w związkach, kiedy partnerka robi wyrzuty o ciągłą nieobecność w domu i brak bliskości w związku, a facet robi się przez to coraz bardziej wkurzony, no ale w końcu dochodzi do wniosku, że jest ona jedyną stałą w jego zyciu. Czyżby odniesienie do lat spędzonych przez panów w trasach koncertowych? Muzycznie na początku jest nieco lżej, choć nie mniej efektownie, ale z czasem numer kapitalnie się rozkręca i pod koniec panowie dymią już na całego.

    Z nagrań niesinglowych moją uwagę zwróciły przede wszystkim dwie kompozycje. The Surprising oferuje bardzo intrygujący klimat.
  • Spokojny początek, trochę orientalizmów klawiszowych, ładnie się to wszystko rozwija. Kompozycja ta kojarzy mi się trochę z Rapture of the Deep – tu też mamy wyraziste motywy gitarowo-klawiszowe, a także chwile wyciszenia przeplatane mocniejszymi uderzeniami, a całość odchodzi od tradycyjnej „radiowej” konstrukcji. W Birds of Prey zwraca uwagę gęsta aranżacja i potężny motyw przewodni. Nie ma tu oklepanych do bólu schematów, za to podoba mi się naprawdę kapitalny klimat i mocne zwieńczenie, pozwalające na odpłynięcie myślami gdzieś daleko wraz z fantastycznymi dźwiękami gitary i klawiszy. To wręcz wymarzony kawałek na zakończenie płyty i powinien nim być, gdyby nie zupełnie niepotrzebny cover dorzucony po nim. O tym jednak później. Szukając pozytywów, muszę wspomnieć jeszcze o On Top of the World. To przyjemny, ciężki kawałek, w dodatku z bardzo ciekawym złamaniem schematu i przejściem do recytacji na tle delikatnego tła, nawiązującej swoim brzmieniem do początku płyty. Nie wiem tylko dlaczego panowie postanowili tak szybko wyciszyć całość, zamiast pociągnąć to jeszcze chwilę instrumentalnie.

    Ta połowa płyty to nagrania, które zdecydowanie zostają w głowie. O reszcie już nie zawsze można to powiedzieć. Hip Boots to numer, który był już grany podczas ostatniej trasy koncertowej grupy, a w wersji instrumentalnej został opublikowany kilka miesięcy temu na EP-ce Time for Bedlam. Sprawiał w obu przypadkach wrażenie nieco chaotycznego i w zasadzie wiele się tu nie zmieniło, choć tez przyznać muszę, że łoją tu panowie aż miło. Ale gdybym miał wybierać z obu oficjalnych wersji, to chyba postawiłbym na tę instrumentalną. One Night in Vegas to przyjemna kompozycja z dominacją brzmień klawiszowych (i rytmem jakby ze Stormbringera, choć w tamtych czasach z obecnego składu w grupie był tylko Ian Paice, więc nie podejrzewam świadomego nawiązania), ale takich kawałków Purple nagrywali, zwłaszcza w ostatnich latach, wiele. Ten niczym specjalnym się nie wyróżnia. Taki podrasowany knajpiany blues. Get Me Outta Here i Johnny’s Band niby w niczym nie przeszkadzają, ale i niczym nie zaskakują i w ucho nie wpadają.

    ...
    Więcej na blogu: MUZYCZNY ZBAWICIEL ŚWIATA

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: DEEP PURPLE

...

patronaty



partnerzy