logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
MASTODON
Emperor Of Sand
31.03.2017
Ocena:
  • Płyty Mastodon mają taką dziwną prawidłowość, że wymagają wielokrotnych odsłuchów aby dźwięki stały się w świadomości słuchacza czymś więcej, niż tylko zestawem przyjemnych rockowo-metalowych piosenek. Każdy kolejny obrót krążka w naszym odtwarzaczu dobitnie pokazuje, że możemy do tych nagrań nie tylko beztrosko poruszać kończyną dolną, ale dać się tej zabawie porwać na całego i odnaleźć w niej ukryte znaczenia. Zasada ta ma zastosowanie również przy najnowszym dziele zespołu o wdzięcznym tytule Emperor of Sand.

    Siódme już wydawnictwo w dorobku Amerykanów wyraźnie kroczy ścieżką wytyczoną na The Hunter oraz Once More 'Round the Sun. Nie ma tu więc mowy o powrocie do sludge'ującej galopady z Leviathan, ani nawet progresywnej wielowarstwowości Crack the Skye. Średnia długość utworów balansuje w okolicy 4-5 minut, jest melodyjnie i zdecydowanie "radiowo". Widać, że kwartet okrzepł w swojej muzycznej budowli, choć o trwałym zabetonowaniu nie może być mowy. W stosunku do poprzedniej płyty jest tutaj nieznacznie ostrzej, a struktura utworów trochę wykracza poza piosenkowość Once More 'Round the Sun. W trzech głosach Mastodon jest jakby więcej agresji, a jej apogeum ma miejsce wtedy gdy dołącza wokal regularnego gościa na płytach zespołu - Scotta Kelly'ego z Neurosis. Zaśpiewany przez niego Scorpion Breath należy do najlepszych dotychczas występów Scotta w historii formacji. W kategorii ciężaru warto również wyróżnić Steambreather z bujającym, nieśpiesznym riffem. Przyjemny trans gdzieś umyka w typowo przyjaznym radiu refrenie.

    Może panowie Sanders, Dailor i Hinds nie mają wielkich możliwości głosowych (co jest im co jakiś czas wypominane), ale na pewno nadrabiają to głowami pełnymi pomysłów na błyskotliwe wokalne aranżacje. Emperor of Sand jest nimi wyładowany po brzegi w praktycznie każdym nagraniu. Pozostałe znaki rozpoznawcze kwartetu także są na miejscu. Mamy zatem gitarowe galopady i szaleńczą "nerwową" perkusję Branna Dailora, bez którego muzyka Mastodon straciłaby bardzo wiele. Dźwięki płynące z głośników iskrzą niczym rozgrzana ziemia z okładki. Płyta jest równa i pozbawiona wyraźnie niepotrzebnych utworów-zapychaczy. Z całości na plus najbardziej wybija się kończące album nagranie Jaguar God. Melancholijny początek po dwóch minutach przechodzi w bardziej niepokojący i (oczywiście) chwytliwy fragment. Robi się ostrzej, aż w końcu mamy do czynienia z przyśpieszeniem, które z powodzeniem mogłoby zagościć na Leviathan, a może nawet, po pewnym liftingu, na debiucie Remission. Całość trwa blisko 8 minut. Szkoda, że to jedyna tak rozbudowana kompozycja na Emperor of Sand.

    Nowemu dziełu Mastodon daleko do rewolucji.
  • Wprost przeciwnie - grupa podąża znaną ścieżką, robi to jednak ciekawiej niż na dobrym, lecz nieco skostniałym poprzednim krążku. 11 premierowych utworów zaraża pasją grania i nieprzyzwoitą, ale jakże chwytliwą przebojowością. To wciąż jest Mastodon, który czerpie garściami z całej swojej dotychczasowej dyskografii by stworzyć dla nas świetny, porywający materiał. Liczę jednak, że następca Emperor of Sand zaskoczy nas jakąś odważniejszą stylistyczną woltą.

autor: Michał Raś

tagi: MASTODON

...

patronaty



partnerzy