logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
BJORN RIIS
Forever Comes To An End
19.05.2017
  • Bjørna Riisa absolutnie nie można posądzić o lenistwo. Niecały rok po premierze czwartego krążka formacji Airbag, której jest gitarzystą i głównym kompozytorem, wydał swój drugi album solowy. Premiera zbiegła się zresztą idealnie z wizytą Airbag na dwóch koncertach w Polsce. Poprzedni krążek Riisa, Lullabies in a Car Crash, ukazał się w 2014 roku i zdecydowanie był kontynuacją tego, co gitarzysta robi na co dzień z Airbag, bo choć sam twierdził, że utwory, które trafiły na ten album, niezbyt pasowały w jego opinii na płyty zespołu, to pozwalam sobie nie podzielać tego przekonania. I o ile zeszłoroczne wydawnictwo zatytułowane Disconnected było dla mnie lekkim rozczarowaniem – nie ze względu na jego jakość, a powtarzanie tego, co słyszeliśmy już na wcześniejszych płytach Airbag – o tyle Forever Comes to an End, bo tak zatytułowany jest drugi solowy album Riisa, to pewien powiew świeżości.

    Podstawową zmianą w stosunku do Lullabies jest to, że album nie jest oparty niemal wyłącznie na utworach długich. Owszem, znajdziemy tu rozbudowane kompozycje, ale są one przeplatane paroma krótszymi numerami. Na Lullabies aż trzy z sześciu utworów trwały ponad dziesięć minut. Tu Riis skupia się raczej na formacie siedmio-ośmiominutowym. Podobnie jak w przypadku płyty poprzedniej, swoje trzy øre wtrącili tu także pozostali dwaj stali członkowie Airbag, czyli perkusista Henrik Fossum i wokalista (a tu specjalista od efektów dźwiękowych i projektu graficznego) Asle Tostrup. Na Forever Comes to an End składa się w sumie siedem kawałków trwających 48 minut. Utwór tytułowy, który płytę rozpoczyna, poznaliśmy już jakiś czas przed premierą krążka. W przeciwieństwie do otwieracza albumu poprzedniego, który bardzo powoli i spokojnie wprowadzał nas w odpowiedni klimat, tu mamy od pierwszej sekundy mocne uderzenie i sporą dynamikę, choć oczywiście osadzone w klimacie twórczości Airbag, tym bardziej, że nie brakuje tu podniosłych partii gitary Riisa w spokojniejszych fragmentach – cechy charakterystycznej dla jego dokonań tak solowych, jak i zespołowych. Kapitalnie po tym dynamicznym początku sprawdza się pierwszy z krótkich, instrumentalnych numerów – niespełna trzyminutowe, prowadzone przede wszystkim przez fortepian i klimatyczne brzmienie klawiszy Absence. Dużo bardziej tradycyjny w „airbagowym” sensie jest numer The Waves. Początek kontynuuje subtelny klimat Absence, ale po chwili całość rozkręca się i fantastycznie buja – to brzmienie jest absolutnie nie do podrobienia. Zgodnie ze słuszną polityką żonglowania klimatem, po kilku minutach spokojniejszych, kołyszących rytmów, czas na powrót do dynamiki, którą zapewnia instrumentalne Getaway. Zaskakująco sporo w pierwszej części kompozycji z brzmień lat 80. – w pewnym sensie może nawet bliżej new wave niż rocka progresywnego.
  • Potem Bjørn skręca w bardziej znajome rejony, choć i tak ogólnie jest to dość spore odejście od okolic muzycznych, z którymi jest najbardziej kojarzony. Zaskoczeniem jest też mocny riff pod koniec utworu, który ciekawie kontrastuje z lekkim, klawiszowym tłem.

    Po dwóch nieco dłuższych numerach znowu czas na krótszą, instrumentalną formę ze sporym udziałem fortepianu i klawiszy – Calm. I tu ponownie nacisk położony jest na nieco filmowy klimat i bardziej subtelne dźwięki. Nie da się ukryć, że to płyta bardzo dobrze zaplanowana i przemyślana. Gdy tylko przyzwyczajamy się za bardzo do konkretnego natężenia dźwięku, tempa lub charakteru utworu, Bjørn proponuje coś innego, a jednocześnie wciąż bardzo „swojego”. To absolutnie nie są zmiany na siłę, byle tylko cokolwiek zmienić. Robi to z głową i wyczuciem. W najdłuższym na płycie Winter znowu czaruje nas pięknie kołyszącymi dźwiękami i melancholijnym klimatem. Miłym urozmaiceniem jest duet wokalny z Sichelle, norweską piosenkarką electropop, która całkiem udanie odnalazła się w tej muzycznej przestrzeni. W drugiej części kompozycji Riis serwuje nam niemal sabbathowy riff, który nadaje całości zupełnie nowego charakteru. Jeśli zaś szukacie tu utworu, który streści najskuteczniej to, co swoją twórczością przekazuje Bjørn (zarówno solo jak i z resztą Airbag), to zamykająca album kompozycja Where Are You Now nada się do tego idealnie. Dostajemy tu zarówno niezwykle przejmujące, melancholijne fragmenty z delikatnym akompaniamentem fortepianu i pełnym smutku śpiewem, jak i fantastyczne, pełne emocji motywy gitarowe. Nie bez powodu Riis jest uznawany za jednego z największych „gilmourystów” na scenie progresywnej. Zdecydowanie wie jak sprawić, żeby słuchacza przechodziły ciarki podczas słuchania solowych partii gitary.

    ...
    Więcej na blogu: MUZYCZNY ZBAWICIEL ŚWIATA

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: BJORN RIIS

...

patronaty



partnerzy