logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
ROGER WATERS
Is This the Life We Really Want?
02.06.2017
  • Roger Waters nie wydał rockowej płyty od ćwierć wieku. Nikogo nie trzeba chyba przekonywać, że w muzyce to cała epoka, tym bardziej, że dotyczy to przecież artysty cały czas aktywnego muzycznie. Ostatnie lata zeszły Watersowi głównie na przypominaniu dorobku jego byłej formacji, stąd też kolejne trasy, podczas których skupiał się na jednym z albumów Pink Floyd, najczęściej na The Wall. Przyznam – produkcje koncertowe robiły wrażenie. Potwierdzi to chyba każdy, kto miał okazję widzieć przedstawienie The Wall choćby w Łodzi kilka lat temu. Czy przez te 25 lat wykiełkowało dostatecznie dużo nowych pomysłów, czy po prostu obecna sytuacja społeczno-polityczna sprawiła, że nowa płyta nagle „zrobiła się sama”? Trudno powiedzieć, bo Is This the Life We Really Want? brzmi tak, jak zapewne brzmiałyby obecnie płyty Pink Floyd, gdyby Waters nie odszedł z grupy ponad 30 lat temu i panowie jakimś cudem wytrzymaliby ze sobą przez ten czas. Roger wciąż jest muzykującym politykiem, wciąż (a nawet jeszcze bardziej) nie jest wokalistą, wciąż też jest kapitalnym kompozytorem. A ja wciąż nie wiem, czy to jest płyta, której naprawdę chcieliśmy.

    Chłop potrafi stopniować napięcie – to na pewno. Przed premierą płyty zdążył wypuścić trzy kompozycje i narobić fanom olbrzymiej ochoty na więcej. Pierwsza (Smell the Roses) brzmiała jak krzyżówka Have a Cigar i Dogs, druga (Déjà Vu) jak Pigs on the Wing wymieszane z Mother. Niby przyjemnie powspominać stare czasy, ale czy to ma być jakiś Pink Floyd Megamix? Na szczęście singiel numer trzy – The Last Refugee nie kojarzył się tak bezpośrednio z niczym Floydowym. To jednak nie zmienia ogólnego charakteru tego albumu – to jest płyta, która równie dobrze mogłaby powstać zaraz po The Final Cut i być wydana pod szyldem całego zespołu. „An observation by Roger Waters performed by Pink Floyd” – tak pewnie brzmiałby podtytuł. Jonasz Kofta napisał kiedyś: „Czy świat bardzo się zmieni, gdy z młodych gniewnych wyrosną starzy, wkurwieni?”. Z młodego gniewnego Watersa z pewnością wyrósł stary, wkurwiony Waters. Nawet jeśli sam twierdzi, że nieco złagodniał, to w kwestiach politycznych wciąż jest bezkompromisowy. Tylko mam wrażenie, że niekoniecznie ma wciąż siłę, by być prawdziwie wkurwionym muzycznie. Nigdy nie był wielkim wokalistą, ale z czasem te jego mocno ograniczone możliwości głosowe jeszcze się skurczyły, czego efektem są obecne dylanowskie melodeklamacje i momentami trudne do zniesienia zawodzenia starszego pana. Taki jednak urok Watersa – brak umiejętności wokalnych bierze się w jego przypadku w pakiecie z muzycznym wizjonerstwem i zaangażowaniem społeczno-politycznym. Jeśli chce się cieszyć jego nową płytą, trzeba umieć to przełknąć.
  • I czasem nawet mi się udaje, bo na przykład utwór tytułowy ma tak znakomity, mroczny klimat, że chyba nic nie byłoby w stanie go zepsuć. Z kolei wspominane już floydowe Smell the Roses zapewnia płycie trochę więcej dynamiki, która generalnie na tym albumie jest raczej towarem deficytowym. Warto też wspomnieć o Picture That – nieślubnym dziecku Welcome to the Machine i One of These Days – które także wyróżnia się gęstym klimatem i intensywnością. Natomiast większość utworów snuje się dość ładnie i przyjemnie, ale nie wywołuje muzycznie większej ekscytacji, choć muszę przyznać, że wracający do motywów z początku płyty końcowy tryptyk Wait for Her / Oceans Apart / Part of Me Died brzmi niezwykle przejmująco (choć – znów – skojarzenia z końcowymi fragmentami The Wall są nieuniknione).

    ...
    Więcej na blogu: MUZYCZNY ZBAWICIEL ŚWIATA

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: ROGER WATERS

...

patronaty



partnerzy