logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
LION SHEPHERD
Heat
26.05.2017
Ocena:
  • Lion Shepherd wyewoluowali kilka lat temu z grupy Maqama i pod koniec 2015 roku zadebiutowali kapitalnym albumem "Hiraeth". Trasa w charakterze supportu Riverside niewątpliwie pozwoliła dotrzeć do sporego grona odbiorców, podobnie jak występ na małej scenie Przystanku Woodstock. O pracach nad drugą płytą słyszeliśmy już od jakiegoś czasu i można śmiało powiedzieć, że wiele osób na ten krążek czekało. Po takim debiucie – nic dziwnego! To oczywiście sprawiało, że i oczekiwania były naprawdę duże. Czy grupie udało się je spełnić?

    To, co rzuca się w uszy już przy pierwszym odsłuchu "Heat", to ogromny potencjał radiowy tego materiału. Choć płyta rozpoczyna się od doskonale znanych z debiutu motywów folkowych w klimatach Bliskiego Wschodu w utworze "On the Road Again", to już dwa kolejne kawałki – "Heat" i "Code of Life" – od razu wpadają w ucho dzięki chwytliwym refrenom i porywającym partiom gitary Mateusza Owczarka, a także kapitalnym żeńskim chórkom, które świetnie „zgrywają się” z głównym wokalem Kamila Haidara. Czyli da się jednak nagrać w Polsce rockowy numer, który będzie jednocześnie ambitny i chwytliwy. Takich momentów, które sprawiają, że spora porcja tej płyty może się z powodzeniem bić o miejsce na playlistach co ambitniejszych z większych stacji radiowych, jest tu zresztą więcej (bo tego, że stacje mniejsze będą grały ten materiał, jestem pewny). "Farewell" i "Swamp Song" – dwa ostatnie numery na płycie – absolutnie nie lecą w banał i trudno nazwać je utworami o „piosenkowej” czy radiowej konstrukcji, ale mimo wszystko ten element pewnej chwytliwości czy przebojowości niewątpliwie mają. Ale oczywiście to, co sprawiało, że muzyka Lion Shepherd tak zachwycała na debiucie – łączenie rockowych elementów z tajemniczymi brzmieniami Bliskiego Wschodu – wciąż jest w muzyce grupy obecne. Słychać to wyraźnie zwłaszcza w spokojniejszych fragmentach "When the Curtain Falls", w singlowym "Dream on", do którego powstał przejmujący klip, i w sprawnie łączącym te spokojne, nieco tajemnicze fragmenty z mocniejszym, bardziej podniosłym klimatem "Dazed by Glory".

    Po nagraniu kapitalnego, pełnego niezwykłego klimatu debiutu "Hiraeth", panowie z Lion Shepherd zrobili najlepszą rzecz, jaką mogli – zarejestrowali płytę z jednej strony nawiązującą klimatem do albumu debiutanckiego, z drugiej zaś zupełnie jednak inną. "Heat" jest bardziej przystępna, bardziej… przebojowa, zrobiona z większym rozmachem. Elementy muzyki bliskowschodniej kapitalnie łączyli z brzmieniami rockowymi już na "Hiraeth", teraz jeszcze to połączenie udoskonalili. Do tego nie mogę nie wspomnieć o oprawie graficznej – płyta jest wydana przepięknie, w gustownym rozkładanym pudełku z tłoczonym wzorem, z mapą okolic Półwyspu Arabskiego i z wkładką na matowym papierze zawierającą świetne zdjęcia autorstwa Wiktora Franko.
  • To sprawia, że płyty nie tylko chce się ciągle słuchać, ale też chce się na to wydawnictwo patrzeć, dotykać go, delektować się każdym jego elementem, jak za starych dobrych czasów, kiedy wzięcie do ręki nowej płyty było niemal nabożeństwem. Nie bójmy się tego powiedzieć – mamy kolejny zespół na światowym poziomie!

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: lion shepherd / heat / recenzja / 2017 /

...

patronaty



partnerzy