logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Relacje
PROG IN PARK
Warszawa, Park im. gen. Sowińskiego
20.08.2017


  • Pierwszą edycję imprezy o nazwie Prog in Park należy uznać za niezwykle udaną. Ale czy z takim składem mogło być inaczej? Pięć zespołów, pięć zupełnie różnych podejść do tematu muzyki progresywnej, pięć naprawdę udanych występów.

    Na pierwszy ogień dwie polskie formacje, które jednak śmiało wychylają się koncertowo poza nasze podwórko. Lion Shepherd są świeżo po wydaniu fantastycznej drugiej płyty zatytułowanej Heat. Nie dostali wiele czasu, ale przez te pół godziny pokazali, że nawet zaczynając koncert przed 17, można szybko wprowadzić słuchaczy w odpowiedni klimat. Ludzi zresztą dość szybko przybywało pod sceną, czemu sprzyjał także wielki dach nad amfiteatrem w parku im. gen. Józefa Sowińskiego, bo do późnych godzin popołudniowych lało w Warszawie niemiłosiernie. Lion Shepherd zaprezentowali to, z czego są już całkiem nieźle u nas znani – kapitalną mieszankę ciężkiego, ale melodyjnego rocka i klimatów Bliskiego Wschodu. Życzę im, żeby już wkrótce występowali pod koniec tego typu imprez, bo zasługują.

    Ubrani zgodnie na czarno panowie z Blindead zaprezentowali tradycyjne dla siebie ciężkie, ale niezwykle klimatyczne brzmienia, w które świetnie wpasowała się dość przytłaczająca oprawa świetlna. W również niezbyt długim secie dominowały utwory z zeszłorocznej płyty Ascension. Obie formacje pełniły w zasadzie funkcję supportów, co sugerowała także długość ich setów, ale śmiem twierdzić, że każdy festiwal chciałby mieć taką rozgrzewkę.


    Islandzcy kowboje z Sólstafir pokazali, że da się połączyć niezwykle trudną w odbiorze muzykę z robieniem show na scenie. Wokalista i gitarzysta „Addi” Tryggvason zdawał się wpadać w trans i odpływać kompletnie, by za moment skakać po elementach nagłośnienia, żeby być bliżej publiczności. I nawet jeśli ta mieszanka progresywnego metalu i post-metalu momentami wymykała się poza pole muzyczne, które jestem w stanie ogarnąć, zwłaszcza gdy robiło się naprawdę gęsto i intensywnie pod koniec ich setu, to na pewno zrobili spore wrażenie i nie był to występ, obok którego można przejść obojętnie. Szansa na powtórkę już niedługo, bo Sólstafir wystąpią 9 września na Summer Dying Loud w Aleksandrowie Łódzkim oraz 10 grudnia w krakowskim klubie Kwadrat.


    Występ na Prog in Park był moim czwartym tegorocznym i trzydziestym w ogóle koncertem grupy Riverside. Rozumiecie zatem, że dość trudno mi napisać cokolwiek obiektywnego, bo jeśli widziało się jakiś zespół na żywo 30 razy, to znaczy, że dawno zatraciło się zdolność do obiektywnego oceniania jego poczynań. Z każdym kolejnym koncertem coraz bardziej słychać, że Maciej Meller nie jest Piotrem Grudzińskim i to według mnie dobrze. Zeszłoroczna tragedia zamknęła piękny rozdział w historii grupy, teraz zespół powoli otwiera kolejny i imitowanie na siłę brzmienia gitary Grudnia nie byłoby chyba dobrym pomysłem.
  • Grupa rozkręca się przed ostatnią częścią trasy Towards the Blue Horizon i jeśli jeszcze jakimś cudem nie widzieliście Riverside w tym roku, to najwyższa pora rozejrzeć się za biletami na któryś z polskich koncertów lub wyskoczyć na północ Europy, bo tam też zespół pojawi się jesienią. Festiwalowa długość występu nie zniechęciła grupy do postawienia na kilka długich kompozycji w secie, a wisienką (lub też może truskawką, jak to zwykło się ostatnio mówić) na torcie było oczywiście fantastyczne jak zwykle, kilkunastominutowe wykonanie Escalator Shrine, który to utwór wyrósł w ostatnim czasie na prawdziwy Riverside’owy klasyk. Zdecydowanie bardziej melodyjne granie w wykonaniu Riverside było potrzebną odmianą po ciężkich i intensywnych dźwiękach serwowanych zwłaszcza przez Blindead i Sólstafir, i choć sam zespół od dawna odcina się od sceny progresywnej, to nikt chyba nie ma wątpliwości, że w głównej mierze właśnie dzięki Riverside kilkanaście lat temu wróciła u nas moda na granie w tych klimatach. Ile z tej masy zespołów, które chciały być na początku wieku „kolejnym Riverside”, odniosło jakiekolwiek sukcesy i miało coś ciekawego do zaoferowania, to już inna kwestia.


    Podobno Opeth nie przyciąga w Polsce wystarczającej liczby fanów, żeby opłacało się ich ściągać na koncerty. No cóż, impreza Prog in Park udowodniła, że jest inaczej. Opeth jest jak to sławne filmowe pudełko czekoladek. Przed rozpoczęciem trasy nie masz pojęcia, co może się zdarzyć na scenie. W przypadku grupy, której płyty oferują tak ogromny rozstrzał stylistyczny, jest to nieuniknione. W ostatnich latach podczas koncertów formacja dowodzona przez Mikaela Åkerfeldta skupiała się raczej na spokojniejszym materiale, lepiej pasującym do tego, co zespół nagrywa obecnie, ale ten sezon festiwalowy przyniósł setlistę, która z pewnością trafiła w gusta większości fanów grupy, bez względu na to, który okres jej działalności jest im najbliższy. Dostaliśmy po prostu Opeth w pigułce. Jedynie ostatnia płyta, Sorceress, była reprezentowana przez dwie kompozycje – tytułową oraz The Wilde Flowers. Zespół zahaczył o niemal każdy swój album wydany w XXI wieku, sięgnął także po jedną kompozycję nagraną w stuleciu ubiegłym – Demon of the Fall. Åkerfeldt tradycyjnie sprawił, że występ był mieszanką koncertu rockowo-metalowego i stand-upu. Czasami myślę, że ten facet naprawdę marnuje się w branży muzycznej. Pewnie można by narzekać, że gdyby nie jego gadanina, to spokojnie zdążyliby zagrać jeszcze przynajmniej z jeden numer, ale czy te jego opowiastki między utworami, naszpikowane olbrzymią dawką humoru, naśmiewania się z kolegów z zespołu, autoironii i udawanej megalomanii, nie są także nieodłączną częścią koncertów Opeth? Tym choćby odróżniają się od masy zespołów, w których wokaliści są w stanie wydusić z siebie tylko „dzienkuja” i „you’re fuckin’ crazy” pomiędzy utworami.
  • Åkerfeldt znosił też ze stoickim spokojem zaczepki kilku osób, którym niebezpiecznie podniosło się stężenie alkoholu we krwi. Frontman Sólstafir miał na tym polu dużo mniej cierpliwości, choć trudno się chłopu dziwić, skoro próbuje mówić o poważnych rzeczach i prosi o chwilę ciszy, a ktoś w tym czasie drze japę jak opętany.


    Wśród pięciu występów na Prog in Park były takie, które zachwyciły mnie w całości, były też takie, które głównie mnie zaintrygowały, ale na pewno nie można powiedzieć, że ktoś zaprezentował się słabo. Line-up to zdecydowanie bardzo mocny punkt pierwszej edycji Prog in Park. Organizator zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko – przede wszystkim samemu sobie. Liczę na to, że będzie to impreza cykliczna, a to by oznaczało, że za rok trzeba będzie sprostać zapewne niezwykle wysokim już oczekiwaniom słuchaczy w zakresie doboru artystów. Jak to w przypadku pierwszej edycji, było trochę niedociągnięć, które warto by wyeliminować na przyszłość – przede wszystkim przydałoby się więcej namiotów z „merchem” (wraz z prośbą do zespołów o przywiezienie większej ilości towaru…), bo kolejki do jedynego takiego namiotu były nieziemskie, przydałoby się też zdecydowanie więcej toi toiów, bo kilkanaście sztuk na kilka tysięcy ludzi szału nie robiło. No i samo wejście na imprezę – o tym, że posiadacze biletów mogą skorzystać z drugiego wejścia, wiedziało niewielu. Efektem gigantyczna kolejka przy głównej bramie i absolutne pustki przy bocznym wejściu kilkadziesiąt metrów dalej – a wszystko to przy ulewnym deszczu. To jednak szczegóły, które nie powinny nikomu popsuć ogólnego, bardzo pozytywnego wrażenia z pierwszej edycji Prog in Park. Dobrze, że do Ino-Rock Festival dołącza kolejna duża impreza w klimatach okołoprogresywnych, w dodatku odbywająca się w tak urokliwym i dobrze położonym miejscu jak Park im. gen. Józefa Sowińskiego w Warszawie, bo ten amfiteatr jest wręcz stworzony do takich imprez.
autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: PROG IN PARK / OPETH / RIVERSIDE / SOLSTAFIR / LION SHEPHERD / BLINDEAD

...

patronaty



partnerzy