logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
GIN LADY
Electric Earth
15.09.2017
Ocena:
  • Premiery kolejnych płyt Gin Lady nie są ogólnoświatowym wydarzeniem. Nie pisze o nich mainstreamowa prasa (nawet ta rockowa), ich kompozycji próżno szukać w playlistach największych rockowych stacji radiowych (co innego w rockserwis.fm – my gramy ich często!), a i nakład kolejnych wydawnictw nie rzuca pewnie na kolana. Tyle że nie na płyty tych wielkich rocka czekam najbardziej co rok. Dla mnie największym wydarzeniem każdego roku są premiery nowych albumów właśnie takich zespołów jak Gin Lady – grup, które sam na swoje potrzeby odkryłem. Nie podsuwały mi ich media, nie zachwalali znani dziennikarze, nie dostawałem po oczach billboardami i reklamami. Przeczytałem o nich, znalazłem jeden czy drugi utwór, spodobało mi się, więc sprawdziłem resztę. No, może akurat niekoniecznie tak było z Gin Lady, ale na pewno z grupą Black Bonzo, z której Gin Lady wyewoluowali kilka lat temu. Gdy zaczynałem poznawać szwedzką scenę rockową XXI wieku, Black Bonzo byli obok Siena Root zespołem, którego muzyka zrobiła na mnie największe wrażenie. Szkoda mi było, gdy kilka lat temu ogłaszali, że kończą działalność, ale większość ostatniego składu (poza perkusistą) szybko poinformowała, że zakłada nową formację. I to była miłość od pierwszego odsłuchu. Kilka lat i płyt później zbliżamy się do premiery czwartego krążka w dorobku szwedzkiej formacji – Electric Earth.

    Black Bonzo było zespołem grającym w stylu prog rocka lat 70. Dużo było tam odniesień do Uriah Heep, Wishbone Ash czy nawet King Crimson. Gin Lady to już inne muzyczne zwierzę. Tu znacznie łatwiej usłyszeć nawiązania do Stonesów, Allmanów czy ogólnie do amerykańskiego rocka z południa. Na Electric Earth odeszli jeszcze dalej od czasów płyty Sound of the Apocalypse Black Bonzo, na której umieścili trzynastominutowy progrockowy numer tytułowy. Nagrali najlżejszy krążek w dorobku obu formacji, z utworami, które częściej skręcają nawet w stronę amerykańskiego folk-rocka niż hard rocka czy progresji. Czy tego się spodziewałem? Nie. Czy mi to przeszkadza? Też nie. A wiecie czemu? Bo od pierwszych sekund tej płyty mamy tu absolutnie kapitalny klimat. Flower People płynie fantastycznie. Gitara dodaje całości nieco ciężaru, ale w gruncie rzeczy to bardzo lekki numer, do tego cholernie melodyjny. Na myśl przychodzi mi Tom Petty albo całe Traveling Wilburys. I pewnie kilka innych zespołów z przełomu lat 60. i 70. (tak, wiem, Traveling Wilburys to zespół, który powstał dużo później, ale rozumiecie, o co chodzi…), co nie jest w sumie dziwne, biorąc pod uwagę tytuł oraz tekst, w którym słyszy między innymi o farmie Yasgura – miejscu legendarnego festiwalu Woodstock. Nie ma tu powalających solówek, struktura jest dość prosta, w zasadzie nic nadzwyczajnego się nie dzieje, a jednak trudno się nie pokiwać, nie pośpiewać z zespołem, nie wczuć w ten fantastyczny klimat retro-rocka.


  • I’m Your Friend uderza mocniej w klimaty southern rocka ze sporą domieszką folku. Tak Gin Lady jeszcze nie grali! Ale – podobnie jak we wszystkim innym, za co brali się do tej pory – są w tym niezwykle naturalni. To nie ostatni raz, gdy panowie na tej płycie stawiają na lżejsze, akustyczne brzmienia. Sześciominutowe Brothers of the Canyon także świetnie łączy akustyczne klimaty z oszczędnymi wstawkami gitary elektrycznej. To zresztą jeden z moich ulubionych numerów na albumie. Zagrali to z tak wielkim polotem i na tak ogromnym luzie, że naprawdę trudno uwierzyć, że za tym zespołem masowo nie szaleją fani starego gitarowego grania., czy to spod znaku Stonesów, czy Knopflera. HALO, POBUDKA! Zamiast mędzić w kółko, że nikt już tak nie gra, ruszcie szacowne cztery litery i postarajcie się zorientować, co się dzieje w świecie muzycznym. Ale wróćmy do płyty. W The Things You Used to Do jest jak najbardziej elektrycznie, ale w bardzo spokojnym tempie, z przyjemnym tłem organowym i kapitalną gitarą – trochę w stylu późnych Beatlesów. Aż szkoda, że nie pociągnęli tej instrumentalnej końcówki nieco dłużej – mam pewien niedosyt, że utwór kończy się po niespełna trzech minutach. Pierwszy singiel, Rolling Thunder, muzycznie zupełnie nie odzwierciedla tytułu. To znowu bardzo przyjemna ballada utrzymana w stylu, który w Stanach określiliby pewnie jako americana. Co oczywiście nie znaczy, że czasem nie zagrają nieco bardziej rockowo. Zdarza się, na przykład w Badger Boogie czy fantastycznym Wasted Years, które skojarzyły mi się nieco z T. Rex… a może ze Stonesami… lub wczesnym Bowiem… no w każdym razie z czymś bardzo dobrym i przyjemnym. Trochę mocniej jest też w Water and Sunshine i tu też moje skojarzenia idą w stronę Stonesow czy Faces. Na płycie dominuje stonowany rock, opierający się na lekkości, luzie, ciepłym brzmieniu, prostych patentach i kapitalnych, wpadających w ucho melodiach.

    Szwedzi zaskoczyli mnie tym albumem. Nie spodziewałem się, że pójdą w kierunku nieco lżejszych brzmień, momentami nawet z folkowym zacięciem. Oczywiście to wciąż Gin Lady – nie zmienili drastycznie swojej muzyki, ale na Electric Earth są jakby nieco łagodniejsi. I wiecie co? Podoba mi się ten album! Po pierwszym czy drugim odsłuchu gotów byłem przyznać, że choć jest przyjemnie, to chyba jednak nie aż tak znakomicie jak na poprzednich albumach. Ale po kilku kolejnych zauważyłem, że coraz więcej rzeczy do mnie trafia, że zaczynam podśpiewywać coraz więcej refrenów, że każdy z tych utworów brzmi mi tak cholernie naturalnie… Po prostu nie sposób nie polubić tej płyty. Szwedzka scena rockowa jest przebogata – to wie każdy, kto obecnie interesuje się rockiem poza mainstreamem. Gin Lady są wśród najznakomitszych reprezentantów tej sceny.
  • Płyta Electric Earth jest tego kolejnym potwierdzeniem. A może by tak w końcu jakieś koncerty? Najlepiej gdzieś w pobliżu…

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: gin lady / electric earth / retro rock / hard rock / vintage / 2017 / recenzja

...

patronaty



partnerzy