logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Relacje
FINK
Gdańsk, Klub Parlament
16.09.2017


  • W sobotę 16 września obchodzony był Światowy Dzień Bluesa. Była to idealna okazja, aby wybrać się na koncert, a w szczególności tak wspaniałego artysty, jakim jest Fink. Rzetelnie rzecz ujmując, od 2006 roku Fink to nazwa tria, które tworzą wokalista, gitarzysta i kompozytor Fin Greenall, perkusista Tim Thornton oraz basista Guy Whittaker (początkowo był to pseudonim artystyczny samego Fina, DJa i producenta muzycznego).


    Panowie rozpoczęli tego dnia swoją europejską trasę koncertową, promującą wydany dzień wcześniej nowy album "Resurgam". Z oficjalnie nie podanych przyczyn występ odbył się nie w jak wcześniej planowano stoczniowym, wspaniale przystosowanym do takich wydarzeń klubie B90, lecz w małym, ciasnym, słynącym z imprez do białego rana, położonym na gdańskiej starówce Parlamencie. Z drugiej jednak strony w tym samym miejscu zespół wystąpił ponad dwa lata wcześniej, dając magiczny, kameralny, pół-akustyczny koncert skupiony głównie na repertuarze z wydanej w 2014 roku płyty "Hard Believer".


    Podobnie jak poprzednio, również i tym razem trudno było znaleźć miejsce na deskach wypełnionej po brzegi maleńkiej sali - fani stawili się tłumnie. Wolnej przestrzeni brakowało również na scenie, gdyż tym razem powiększony o dwie osoby koncertowy skład ledwo zmieścił się ze swoimi instrumentami na ograniczonej powierzchni. Nic w tym dziwnego, skoro tym razem Fin i spółka postanowili nieco urozmaicić brzmienie swoich utworów i zabrać w trasę dodatkowego perkusistę oraz gitarzystę.


    Decyzja o wystąpieniu w pięcioosobowym składzie okazała się strzałem w dziesiątkę. Trzynaście zaprezentowanych w zasadniczej części koncertu kompozycji, na które składał się repertuar z najnowszego albumu (wybrzmiało siedem utworów z dziesięciu) oraz najważniejsze utwory z poprzednich wydawnictw zabrzmiało doskonale. Zespół zadbał o to, aby nagłośnienie było tego wieczoru bez zarzutu, co było niezbędne, by usłyszeć pełnię umiejętności obu perkusistów, delikatne uderzenia basu, subtelne partie gitar oraz obecne w niektórych utworach klawiszowe pejzaże. Wszystko to wzbogacone zostało głębokim, pełnym emocji głosem Fina, który był tego wieczoru w wybornej formie wokalnej. Cały zespół z racji rozpoczęcia trasy był wypoczęty, pełen sił i głodny kontaktu z publicznością, lecz równocześnie - głównie na początku występu - nieco stremowany faktem wykonywania nowych utworów po raz pierwszy na żywo i koniecznością sprawdzania zaplanowanej kolejności w setliście. Szczególne skupienie na twarzy Fina było widoczne w momencie partii klawiszowej w "Fall Into The Light", którą jak przyznał chwilę później po raz pierwszy wykonał w całości bez choćby jednej drobnej pomyłki.


    Studyjnie będące połączeniem folku, bluesa i indie rocka kompozycje na potrzeby koncertu zostały przearanżowane w dynamiczne, a jednocześnie klimatyczne i podsycone ocierającym się o post-rock mrokiem emocjonalne wulkany energii.
  • Perkusista Tim Thornton dzięki obecności na scenie kolegi po fachu mógł w trakcie utworów płynnie "przeskakiwać" od perkusji do gitary, wykazując się przy tym nieprawdopodobną podzielnością uwagi, genialnymi umiejętnościami improwizacji oraz koordynacją ruchów, szczególnie gdy z powodu braku miejsca na scenie musiał uważać, by siadając za swoim zestawem nie potknąć się o któryś z jego elementów. Drugi perkusista wraz z basistą dbał zręcznie o rytmiczną podstawę. Sam Fin na zmianę korzystał z gitar akustycznych (w tym z przepięknie zdobionej okładką albumu "Hard Believer") oraz elektrycznych, a także z umieszczonego w centralnej części sceny keyboardu. Warto zaznaczyć, że pełnia brzmienia została osiągnięta dzięki ustawieniu obu perkusistów po przeciwnych stronach sceny.


    Publiczność w większości z uwagą i skupieniem (pomijam rozmawiające nieopodal prawie przez cały koncert średnio zorientowane na muzykę panie i tłukące się szklanki po piwie osób, które przybyły do klubu jedynie po to, aby się napić) słuchała płynącego przekazu ze sceny, nagradzając owacjami zarówno dobrze znane, jak i premierowe kompozycje. Cały występ przepełniony był magią i silnie wyczuwalną chemią między słuchaczami a artystami. Szkoda jedynie, że z powodu wynajęcia przez organizatora powierzchni klubu na zbyt krótki czas, w pełni zasłużony bis został ograniczony do krótkiego "Biscuits", zagranego przez samego Fina na gitarze akustycznej. Sam zresztą jeszcze przed zagraniem ostatniego z podstawowej listy utworów "Pilgrim" żartobliwie i nieco sarkastycznie zakomunikował, że niebawem na deskach klubu odbędzie się dyskoteka i jeśli jest ku temu ogólna chęć, może zaprezentować kilka remiksów swoich utworów. Takie posunięcie było ewidentnie wyrazem braku szacunku organizatora do widzów, którzy zapłacili za bilety niemałą sumę, a przede wszystkim do artysty, który chciał dać swoim fanom jak najwięcej koncertowych wrażeń. Co więcej należy wspomnieć o tym, że przy wejściu do klubu nie było żadnej kontroli zawartości wnoszonych toreb, co mogło stanowić niemałe zagrożenie bezpieczeństwa. Nie było żadnego problemu, by wziąć ze sobą nie tylko butelkę wody, ale również ostre narzędzia czy broń. Na szczęście na koncercie zjawili się w większości spokojni i rozsądni fani.


    Przed występem gwiazdy wieczoru miała miejsce nietypowa sytuacja. Zamiast supportującego zespołu na tej trasie Fink postanowił uraczyć fanów 45-minutowym filmem dokumentalnym o historii przemysłu rozrywkowego, pokazanej z przymrużeniem oka. Zdecydowanie łatwiej byłoby czerpać przyjemność z tej formy sztuki, gdyby wszyscy fani mieli ochotę zaangażować się w wyświetlaną na dużym ekranie projekcję, zamiast toczyć w tym czasie mało konstruktywne rozmowy i narzekać, że nie rozumieją, o co chodzi.


    Warto zwrócić również uwagę na świetnie zaopatrzony tego wieczoru koncertowy sklepik, w którym poza płytami winylowymi i CD w bardzo korzystnych cenach oraz koszulkami można było nabyć mniej typowe pamiątki w postaci np.
  • "przeciwdeszczowej" torby na zakupy oraz zimowej czapki.
    Jeśli nadarzy się taka okazja, warto wybrać się na któryś z muzycznych wieczorów z Finkiem, by przeżyć niepowtarzalne chwile i stanąć oko w oko z tak wspaniałymi muzykami, jakimi są Fin, Guy i Tim oraz ich przyjaciele. Muzycznie gdański występ był jednym z najlepszych koncertów tego roku, w których miałam przyjemność uczestniczyć.
autor: Aleksandra Olcia Wojcińska

tagi: FINK

...

patronaty



partnerzy