logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Relacje
SMOKE OVER DOCK
Gdańsk, Klub B90
30.09.2017
  • Jak poradzić sobie z jesiennym przesileniem i spadkiem formy? Najlepsze lekarstwo to dobry koncert w ulubionym miejscu. Ostatniego dnia września w Gdańsku odbyły się dwa bardzo ciekawe, konkurencyjne wydarzenia - w Teatrze Szekspirowskim wystąpił zespół Me And That Man, natomiast w B90 miał miejsce mini-festiwal, którego motywem przewodnim był "muzyczny dym", czyli muzyka wypełniona mroczną, mglistą atmosferą. Z racji upodobań zdecydowanie bliższych brzmieniom post rockowym i post metalowym niż bluesowo-folkowym, wybrałam się na teren stoczni, na ulicę Elektryków.


    Wyprzedany koncert Nergala i Johna Portera znacznie wpłynął na niedobory publiczności w B90, co jednak absolutnie nie przeszkodziło w doskonałym odbiorze koncertów. Na terenie największego trójmiejskiego klubu zjawiło się około 500-600 wielbicieli ciężkich, klimatycznych brzmień oscylujących na granicy black metalu i post rocka. Na ten wieczór, jak to zwykle na festiwalach bywa, zaplanowano kilka (łącznie siedem) zazębiających się czasowo występów, rozlokowanych na dwóch scenach. Z racji niedoborów kondycyjnych i wygody odbioru zdecydowałam się zrezygnować z wycieczek na mniejszą scenę (mimo chęci usłyszenia byłej wokalistki Swans, Jarboe) i skupić jedynie na koncertach odbywających się na scenie głównej.


    Pierwszy występ rozpoczął się kilka minut po dziewiętnastej. Scenę klubu wypełnił dym, mroczne, niebieskie światła i energetyczne, przytłaczające dźwięki, które prezentował nowojorski Black Anvil. Zespół bardzo zgrabnie poruszał się w stylistyce black metalowej, łącząc ją z brzmieniami post rockowymi, jednak w kontekście późniejszych występów nie zapisał się mocno w mojej pamięci. Pod sceną zebrała się grupa fanów, która entuzjastycznie reagowała na prezentowaną przez zespół stylistykę. Był to technicznie dobry koncert, z fajnie brzmiącymi ścianami gitar i perkusyjnymi blastami oraz obiecujący początek wieczoru.


    Punktualnie o 20 na głównej scenie B90 pojawiło się Spoiwo. Od pamiętnego koncertu zespołu w tym samym miejscu... na leżakach minął prawie rok (zeszłej jesieni miał miejsce cykl koncertów o nazwie "Stoczniuj, Leżakuj, Dokuj", podczas którego zespoły prezentowały się na małej, ustawionej pośrodku klubowej sali sceny, a dookoła niej rozstawiono leżaki dla publiczności). Przez ten czas muzycy zbierali siły, pomysły na nowy album i ruszyli ponownie w świat, by promować swój debiut. Gdański, prawie godzinny występ okazał się najlepszym koncertem tego wieczoru. Perfekcyjnie wyregulowane nagłośnienie, fenomenalna gra świateł, świetna forma muzyków, pełna pasji i zaangażowania gra - czego chcieć więcej? Krótko mówiąc - poziom absolutnie światowy i pełen profesjonalizm. Każdy koncert tego zespołu to audiowizualne święto, a występy w rodzinnym mieście, to dodatkowe emocje. Piątka przyjaciół rozumie się na scenie bez słów i potrafi stworzyć niezapomniany, niepowtarzalny klimat, który hipnotyzuje zgromadzonych pod sceną słuchaczy.
  • Tym razem również nie zabrakło wzruszenia i uniesień. Usłyszeliśmy dobrze znane kompozycje z "Salute Solitude" oraz nowe dźwięki, zapowiadające drugą płytę, która jeszcze nie ma ustalonej daty premiery. Dodatkową atrakcją była możliwość podziwiania w akcji Stevie, czyli nowego nabytku perkusisty, dzięki któremu brzmienie zespołu zyskało dodatkową moc i selektywność. Pozostaje czekać na kolejne koncerty i mocno trzymać kciuki za dalszy, równie prężny rozwój zespołu.


    Koncert Spoiwa nie był jedynym tego wieczoru występem Stevie. Perkusja dzielnie posłużyła również jednej z obecnie najbardziej znanych polskich grup black metalowych - Furii. Zespół mimo drobnych problemów technicznych (przymusowa kilkuminutowa przerwa spowodowana koniecznością wymiany kabli od wzmacniaczy) wypadł dobrze i usatysfakcjonował swoich licznie przybyłych fanów. Nihilistyczne teksty, wykrzyczane w języku polskim i charakterystyczny sposób scenicznej prezentacji wyróżniają czwórkę muzyków spośród licznych, podobnych do siebie zespołów grających ten niełatwy w odbiorze gatunek. Przygnębiająca, duszna atmosfera oraz momentami nieco monotonne, powtarzane jak mantra motywy gitarowe w nadmiarze mogły okazać się dla niestykających się na co dzień z takimi dźwiękami słuchaczy nieco przytłaczające. Z drugiej jednak strony koncert okazał się ciekawym widowiskiem. Ściany gitar i skomplikowane partie perkusyjne wprowadziły fanów w ekstazę do tego stopnia, że pod sceną utworzono mosh pit, a pod koniec występu jeden z szaleńców ukrywający się za czerwoną maską, ku zdziwieniu ochrony, dotarł aż na scenę. Po około dziewięćdziesięciu minutach zespół podziękował zgromadzonym i ustąpił miejsca gwiazdom wieczoru.


    Tides From Nebula, po przesunięciach spowodowanych problemami technicznymi pojawili się na scenie z półgodzinnym opóźnieniem, o godzinie dwudziestej trzeciej. Późna pora i intensywność poprzedzających występów spowodowała, że na koncercie pozostała około połowa przybyłych do klubu osób. Ci, którzy zdecydowali się jednak wykrzesać z siebie ostatnie zapasy energii zostali uraczeni potężnym brzmieniem oraz rewelacyjną grą świateł. W porównaniu z zeszłorocznymi koncertami w setliście zaszło kilka istotnych zmian, z czego najbardziej zauważalną było wykonanie tytułowego utworu z ostatniej, fenomenalnej płyty. "Safehaven", mimo, że bez wokalizy Beli Komoszyńskiej z Sorry Boys i tak zabrzmiał monumentalnie, podobnie jak pozostałe, wykonane tego wieczoru kompozycje. Zespół jak zawsze dawał na scenie z siebie wszystko, jednakże można mieć spore zastrzeżenia do ekipy technicznej, w kwestii ustawień poziomu głośności. Koncertu nie dało się słuchać spod samej sceny, gdzie odczuwalny był jedynie bas oraz uderzająca z całym impetem stopa perkusyjna, zagłuszająca gitary i klawisze. Aby poczuć pełnię brzmienia i móc cieszyć się selektywnością gitar i klawiszy należało się nieco wycofać.



  • Gdański występ trwający godzinę i składający się z jedenastu kompozycji był jedynie przystawką i rozgrzewką przed rozpoczynającą się za niespełna dwa tygodnie europejską trasą koncertową, podczas której zespół w listopadzie wystąpi również w dziewięciu polskich miastach. Pozostaje czekać na kolejne spotkania z zespołem i jak zawsze towarzyszącą im wspaniałą atmosferę. Fani Tides From Nebula są wielką rodziną, którą łączy miłość do twórczości zespołu. Muzycy mimo coraz większej rozpoznawalności wciąż odwdzięczają się za wsparcie pozostając skromnymi ludźmi, chętnie zaprzyjaźniającymi się ze słuchaczami i nieustannie dziękującymi im za przybycie na kolejne występy. W dowód uznania gitarzyści kończą każdy koncert wykonaniem ostatniego utworu pośród publiczności. To piękna tradycja, która mam nadzieję będzie trwała przez długie lata.


    Drugą edycję Smoke Over Dock uważam za udaną. Do zobaczenia za rok!
autor: Aleksandra Olcia Wojcińska

tagi: SMOKE OVER DOCK / TIDES FROM NEBULA / FURIA / SPOIWO / BLACK ANVIL

...

patronaty



partnerzy