logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
ALCEST
Kodama
30.09.2016
Ocena:
  • Na hasło "muzyka z Francji" wielu słuchaczy reaguje z pobłażliwym uśmiechem, bardzo często kojarząc ją z twórczością Edith Piaf i erą tzw. "piosenki francuskiej" z początków ubiegłego stulecia. Tymczasem ten piękny kraj okazuje się być kopalnią alternatywnych brzmień, a nawet nowych gatunków muzycznych.
    Wraz z początkiem obecnego stulecia swoją działalność rozpoczął zespół Alcest, który stał się pionierem nowego gatunku muzycznego zwanego blackgaze, będącego połączeniem black metalu oraz shoegaze'u. To macierzysty projekt multiinstrumentalisty i kompozytora o pseudonimie Neige (Stéphane Paut), do którego w 2009 roku dołączył perkusista Winterhalter (Jean Deflandre). W ciągu siedemnastu lat działalności ukazało się pięć albumów studyjnych grupy, a ostatni światło dzienne ujrzał 30 września 2016 roku nakładem niemieckiej niezależnej wytwórni Prophecy Production.


    "Kodama" jest następcą wydanego przed trzema laty "Shelter", który dzięki znacznemu złagodzeniu dotychczasowego brzmienia i dream-popowym wpływom otworzył muzykom drogę do międzynarodowej kariery. Najnowsza, trwająca niespełna czterdzieści jeden minut, propozycja Francuzów to dzieło kompletne i brzmiące bardzo nowatorsko, będące ugruntowaniem ich wyjątkowego stylu, idealnie wyważone kompozycyjnie i aranżacyjnie. Sześciu składających się na całość utworów słucha się świetnie - zespół znalazł złoty środek na połączenie dawnego stylu i nowych wpływów.


    Najnowsze dzieło duetu zainspirowane zostało japońską kulturą anime, a dokładnie filmem "Księżniczka Mononoke" wyreżyserowanym przez Hayao Miyazaki, co można zauważyć już po przyjrzeniu się okładce wydawnictwa. Tematyka na nim zawarta dotyczy zawiłości losu ludzkiego oraz walki o przynależność do społeczności. To album pełen muzycznych sprzeczności, które kontrastują ze sobą, przepięknie ukazując metaforę życia na granicy dwóch światów - zatłoczonego miasta i natury oraz niemożności znalezienia własnego miejsca. To także obraz walki ludzkiej fizyczności i duchowości, który wyraża się w połączeniu zwiewnych gitarowych melodii ze ścianami dźwięku.


    Kompozycje tworzące "Kodamę", pomimo długiego czasu trwania, nie męczą słuchacza. Wręcz przeciwnie, dzięki ich płynnemu przechodzeniu w siebie, nie czuje się upływu czasu. Tej płyty słucha się jednym tchem, chłonąc otaczające dźwięki, krok po kroku odkrywając przekaz z nich płynący i zatapiając się w mrocznym, transowym klimacie. Słyszymy tu charakterystyczne dla post rocka narastanie i budowanie napięcia, które zwiastuje burzę, jak również zwiewne gitarowe riffy przynoszące nadchodzący po burzy spokój.



  • Album jest spójny i trudno wskazać wyróżniające się na nim utwory. Opowieść rozpoczyna się kompozycją tytułową, trwającą niespełna dziesięć minut. Udziela się w niej gościnnie Katherine Shepard, która swoją wokalizą wspiera Neige'a, malując pastelowy pejzaż na tle gitarowej ściany dźwięku, nadającej całości tempo wraz z galopującą perkusją. Utwór w początkowej fazie wybucha energią, by chwilę później zwolnić i po krótkim odpoczynku uderzyć ze zdwojoną siłą. Podobnie dzieje się w kolejnej, zaśpiewanej przez Neige'a po francusku kompozycji "Eclosion", gdzie melancholijna, zwiewna gitarowa melodia przeplata się z potężną galopadą oraz charakterystycznym dla pierwszych dokonań Alcest black metalowym, rozdzierającym do szpiku kości krzykiem. Gniew miesza się tu ze spokojem, nostalgia z radością. Zwieńczeniem dziewięciominutowej emocjonalnej walki jest delikatna gitarowa sekwencja. To fragment płyty, który najlepiej sprawdza się podczas występów na żywo. W trzecim "Je Suis D'Ailleurs" oraz następującym po nim "Oiseaux De Proie" również słyszymy potężną dawkę gitar i uderzającą z całym impetem perkusję, na tle których wyróżnia się natchniony śpiew wokalisty, stopniowo przechodzący w krzyk.


    Pomimo opisanych dźwiękowych kontrastów ciężar albumu jest idealnie zbilansowany. W momentach, gdy przysłowiowego hałasu mogłoby być już zbyt dużo następuje wyciszenie. Przykładem lżejszej kompozycji jest piąty "Untouched", oparty na płynnym malowaniu gitarami, których intensywność stopniowo narasta, nie przekraczając jednak określonej granicy. Zakończenie albumu to z kolei bardzo sprytny dźwiękowy zabieg - shoegaze'owe motywy zostały zbudowane poprzez zapętlenie riffu słyszanego już na albumie, jednak zagranego od tyłu. Brzmienie to jest jakby hołdem złożonym zespołowi My Bloody Valentine. Czterominutowa kompozycja ostatecznie zamyka album, a historia na nim opowiedziana zatacza muzyczne koło.


    Miałam okazję podziwiać zespół podczas występu w gdańskim B90, 28 listopada 2016 roku, podczas wspólnej trasy z japońskim Mono. Zaprezentowali wtedy przekrojowy materiał, jednak to kompozycje z ostatniej płyty przesądziły o sile i mocy koncertu. Dwuosobowy skład, specjalnie na tę okazję został poszerzony o muzyków towarzyszących, dzięki którym możliwe było wierne odwzorowanie skomplikowanych brzmieniowo utworów.

autor: Aleksandra Olcia Wojcińska

tagi: ALCEST

...

patronaty



partnerzy