logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
THRESHOLD
Legends of the Shires
08.09.2017
  • Threshold to muzyczny pewniak. Od dekady każdy kolejny album tych wciąż zbyt mało w Polsce popularnych klasyków progmetalu wywołuje na mojej twarzy szeroki uśmiech. Tak było 5 lat temu z March of Progress z nowym wokalistą Damianem Wilsonem, potem z For the Journey z 2014 roku, tak samo jest teraz po premierze jedenastego studyjnego albumu Brytyjczyków. Legends of the Shires to pierwsze w ich karierze wydawnictwo dwupłytowe (ponad 80 minut muzyki), po odejściu Wilsona nagrane z nowym/starym wokalistą Glynnem Morganem, który był członkiem Threshold w latach 1993-1997 i śpiewał na średnio udanej płycie Psychedelicatessen. Teraz spisał się bez zarzutu, podobnie jak reszta jego kolegów.

    Panowie z jednej strony są w swoim graniu dość przewidywalni i to się nie zmieniło – nie oferują żadnych nowinek ani nie odświeżają formuły, stawiają na od lat wypracowany styl i charakterystyczne brzmienie, prezentując jednak solidne rzemiosło. Dlaczego więc to wciąż działa? Bo do technicznych popisów utalentowanych instrumentalistów, ostrych rockowych riffów i epickich solówek Karla Grooma dodali świetne, zapadające w pamięć melodie i ogromną dawkę rockowej energii. Najlepiej słychać to w otwierającym zestaw (po krótkiej introdukcji) utworze Small Dark Lines. Jego moc zwala z nóg, to godny następca wychwalanych przeze mnie Watchtower on The Moon czy wcześniej Ashes. Po takim początku wszystko jest łatwiejsze, nawet jeśli podobnego killera już tu nie ma. Są za to utrzymane na przyzwoitym poziomie kompozycje, bez dłużyzn, rzeczy nietrafionych i nudnych wypełniaczy (może poza bezbarwną balladą Swallowed w finale), za to z kilkoma prawdziwymi perełkami. Taką jest epicka suita Lost in Translation, gdzie w ciągu 10 minut dzieje się dokładnie to, co od lat zachwyca w twórczości panów Grooma i Westa – są zmiany tempa, gitarowo-klawiszowe pojedynki i kapitalna melodia. Ta jest również siłą innego kolosa, 12-minutowej piosenki The Man Who Saw Through Time. Tak, piosenki, bo zmian nastroju tu nie ma, a melodyjność, „piosenkowatość” stylu Threshold nie jest żadną tajemnicą. To nie Dream Theater, chłopaki nigdy nie proponowali skomplikowanej wersji progmetalu, stawiali na melodię. Dzięki temu nawet te 12 minut nie nuży, a część instrumentalna wręcz porywa słuchacza. Generalnie solówki to mocna strona albumu (posłuchajcie np. przebojowego Stars and Satellites), podobnie jak uzależniające refreny, zwłaszcza w tych czadowych kawałkach, jak choćby w znakomitym Superior Machine. Z rozbudowanych kompozycji warto wymienić 9-minutowy, dynamiczny Trust the Process, który może nieco się wlecze, ale to również kawał solidnego łojenia.

    Legends of the Shires to równa, przebojowa płyta, z odpowiednim wyważeniem proporcji między wirtuozerskimi, solowymi popisami muzyków a atrakcyjnymi, chwytliwymi melodiami.
  • Uczciwie należy jednak postawić pytanie, czy schematyczność nagrań nie nudzi? Bo w zasadzie wszystko to już słyszeliśmy w zbliżonej wersji na poprzednich krążkach. Otóż powiem tak – mnie nie nudzi, jeśli nowe utwory dostajemy raz na dwa, trzy lata. Jednak nie ukrywam, że odrobina kreacji by nie zaszkodziła. Odrobina progresji – w końcu progmetal to cięższa odmiana rocka progresywnego, w muzyce powinien być więc ów progres, jakiś pomysł, udoskonalenie, coś więcej niż granie w kółko tego samego. Może więc kolejnej identycznej płyty Threshold nie ocenię tak wysoko? Poczekajmy, aż się ukaże.

autor: Sławek Orski

tagi: THRESHOLD

...

patronaty



partnerzy