logo
matecznik dźwięków niebanalnych
 
 
Recenzje
HOLLOW EARTH
Out of Atlantis
24.11.2017
  • Dobrze, że czasem to nie tylko my wam coś polecamy, ale i wy coś podrzucacie nam. W innym przypadku trudno byłoby trafić na grupę Hollow Earth. RYM milczy w ich temacie, konta na Facebooku o dziwo chyba nie mają (ma je za to kilka innych zespołów o tej nazwie), więc w zasadzie jedynym śladem ich istnienia jest Bandcamp. Szczątkowe informacje dostępne w internecie sugerują, są ze Szwecji, a płyta Out of Atlantis jest ich debiutem. Tyle wiem… chyba. W zasadzie wiem jeszcze jedno – dużo ważniejsze. Są świetni! Ta płyta to 40 minut fantastycznego rockowego grania łączącego klimaty progresywne i psychodeliczne.

    Muzycznie ładnie to sobie wymyślili. Sześć numerów, mieszanka klimatycznej progresji i niezbyt ciężkiej psychodelii. Dominują wbrew pozorom rzeczy niezbyt długie. Pięć z sześciu kompozycji to numery z przedziału 4 – 5,5 minuty. Zapewniają one kapitalną mieszankę przyjemnej psychodelii, hard rocka i elementów progresji. Electric Eden to melodyjność i klimat, których nie powstydziłby się Ghost, ale zrobiona chyba jeszcze nieco subtelniej, Riders of the Vapour Trail z kolei zaskakuje mocno przetworzonym wokalem, który idealnie pasuje do nieco tajemniczego klimatu tego utworu. A wszystko to w jakiś dziwny sposób świetnie łączy się z motywem głównym, który w nieco szybszej wersji mógłby znaleźć się na którejś z płyt Ten Years After lub Cream. Jak na razie elementów progresywnych nie było przesadnie dużo, ale to zmienia się w utworze tytułowym. Jest tu i trochę z włoskiego Goblina, i nieco z brytyjskiego folk-proga. Tworzy to porywającą całość, a że utwór nie jest zbyt długi, chce się go od razu włączyć ponownie.

    Podobny klimat, choć już z dodatkiem wokalu, mamy w Incantation. Jeśli miałbym porównać ten utwór z twórczością jakiegoś zespołu z ostatnich lat (choćby po to, żeby nie odwoływać się ciągle do klasyki), wymieniłbym Mondo Drag. Jeśli przesiąknięta ciepłym brzmieniem organów rockowa, melodyjna, ale i klimatyczna psychodelia w wykonaniu tego amerykańskiego zespołu przypadła wam do gustu, nie wyobrażam sobie, żeby Hollow Earth nie zrobiło na was wrażenia. Podobne skojarzenia mam przy motorycznym Ave Satanas or Tea-Time with Lucifer, które album zamyka. Dynamika, klasycznie brzmiące organy i znowu ten dziwacznie przetworzony wokal, tak charakterystyczny dla tego albumu, który jednak sprawdza się tu naprawdę dobrze. To skoro wspomniane kompozycje nie są przesadnie długie, skąd aż 40 minut? Ano stąd, że ten jeden kawałek, o którym jeszcze nie wspomniałem – Behind the Ivory Gate – trwa niemal 17 minut. Muzycznie nie odbiega od reszty, choć – z oczywistych powodów – jest w pewnym sensie połączeniem klimatów z pozostałych kawałków. Jest i trochę spokojniej i klimatycznie, i bardziej rockowo momentami.
  • Niezmiennie także dominują przede wszystkim instrumenty klawiszowe, choć nie można nie zwrócić uwagi na kapitalną pracę perkusisty. Psychodeliczny prog pełną gębą.

    Out of Atlantis to kapitalna niespodzianka na koniec 2017 roku. Płyta, której słucha się znakomicie od początku do końca. Jeśli faktycznie jest to ich debiutancki album, to nie pozostaje nic innego jak czekać na ciąg dalszy, bo potencjał w tym zespole jest ogromny. Byłoby tylko miło, gdyby dało się dowiedzieć o nich nieco więcej, bo ukrywanie się w przepastnych otchłaniach internetu za ciekawą, ale niewiele mówiącą historyjką o sekcie i odradzającym się dawnym kulcie, raczej nie sprawi, że trafią do szerszego grona odbiorców. A zasługują by trafić, oj zasługują. Za debiut wielkie brawa i czekam na więcej.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: HOLLOW EARTH / RECENZJA /

...

patronaty



partnerzy