logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Relacje
Ugly Kid Joe
Warszawa, Proxima
24.04.2018
  • Ugly Kid Joe przeżywają w ostatnich latach namiastkę renesansu popularności. Oczywiście nie ma mowy o powrocie do wczesnych lat 90., gdy byli jedną z największych rockowych sensacji na MTV, ale po kilkunastu latach nieobecności na scenie powoli zaczynają do ludzi docierać i przekonywać, że „oni jeszcze żyją”. Załapali się nawet na parę z największych letnich festiwali w Europie, odkąd wrócili na scenę, a to zawsze dobra promocja. Przyjechali do nas już trzeci raz w ostatnich kilku latach i jak widać jest zainteresowanie, bo choć Proxima w szwach może nie pękała, to frekwencja była chyba dla wszystkich zadowalająca. Zespół wydaje nową muzykę, choć jest doskonale świadom tego, że większość fanów przychodzi na koncerty, posłuchać hitów z America’s Least Wanted. To się nieźle składa, bo w zeszłym roku ta płyta, która sprzedała się w samych Stanach w nakładzie gwarantującym podwójną platynę, obchodziła ćwierćwiecze. Zespół zrobił to, co logika podpowiada w takiej sytuacji – ruszył w trasę z okazji wspomnianego ćwierćwiecza swojego najbardziej znanego dzieła.

    W ten oto sposób na set koncertowy w warszawskiej Proximie złożyło się 11 z 13 numerów, które znalazły się w 1994 roku na wspomnianym albumie. I bardzo dobrze, bo to świetny krążek. Od niego zresztą zaczęli, bo po krótkim intro od razu walnęli z grubej rury numerami Neighbor i Madman. Dobry sposób, żeby z miejsca kupić publiczność, co oczywiście powiodło się bez najmniejszych problemów. A co publiczności – cieszy przekrój wiekowy. Było trochę osób w wieku muzyków (a może i starszych), było sporo towarzystwa w moim wieku (czyli tych, którzy zaczynali słuchać rocka, gdy Ugly Kid Joe byli na szczycie), ale widziałem też całkiem dużo dzieciaków właśnie mniej więcej w tym wieku, w jakim ja UKJ poznawałem, lub niewiele starszych. Brawo. Niech słuchają! A było czego. Nie da się ukryć, że największy aplauz wzbudzały właśnie numery ze wspomnianego krążka, jak choćby wielki przebój Cats in the Cradle odśpiewany przez całą salę, czy tradycyjnie zamykający koncerty grupy Everything About You. Gitarzysta Klaus Eichstadt – jak sam twierdzi, najgorszy wokalista nie tylko w zespole, ale i w klubie – też przez moment stanął za mikrofonem, wykonując luzacki numer Mr. Recordman, a bardzo przyjemnie zabrzmiało także niezwykle melodyjne i dużo spokojniejsze od większości kompozycji tego dnia Busy Bee. Z minusów musze zwrócić uwagę na brak kompozycji z ostatniej płyty studyjnej grupy – wydanego trzy lata temu krążka Uglier Than They Used ta Be. OK – wykonali trzy kawałki z kilka lat starszej EP-ki Stairway to Hell, ale jednak szkoda, że całkowicie pominęli swoje najnowsze wydawnictwo, jeśli nie liczyć brawurowo, choć może nie najrówniej na świecie wykonanego coveru Ace of Spades, który od lat jest „specjalnością zakładu”.


  • Cieszy też forma muzyków. Może i nie wyglądają już na młodzieniaszków, może włosy znacznie krótsze, a brzuszki trochę większe, ale wciąż starają się zachowywać luz w doborze garderoby i zachowaniu scenicznym. Oczywiście po scenie w Proximie nie da się skakać i biegać ze względu na jej wymiary, co w pewnym sensie ograniczało energię zespołu, ale chyba za bardzo nikomu to nie przeszkadzało. Głos Whita Crane’a niewątpliwie nie ma już pełni mocy i skali sprzed 25 lat, ale chłop radzi sobie z tym jak może – tu trochę obniżą, tam trochę publiczność pomoże i jest dobrze. Do statusu dinozaura rocka może mu daleko, ale jednak pół setki na karku, więc nie ma co oczekiwać, że będzie wyciągał wszystko tak jak na płytach, tym bardziej, że w niektórych numerach w młodości faktycznie lubił zaszaleć. Najważniejsze, że wciąż dobrze się go słucha, a mimo paru kilo więcej i schludnie przystrzyżonych włosów także całkiem nieźle się na niego patrzy (znaczy yyy hmm… tak słyszałem od pań… serio… to nie moja opinia… musicie mi uwierzyć… proszę?). No i kontakt z publicznością kapitalny – gość bez żałosnego podlizywania się owija sobie słuchaczy wokół małego palca.

    Słowo jeszcze o supportach. Pierwszym była formacja Yellow Cake z… Whitem Crane’em na wokalu. To też ciekawy pomysł, żeby być w zasadzie swoim własnym supportem. Komentarz dwóch gości, którzy znaleźli się w trakcie ich setu w pobliżu mnie i przez moment bardzo przypatrywali się Crane’owi: „Eee, nie, to nie on”. I poszli. No to się chłopaki zdziwili za jakąś godzinę. Yello Cake nie zagrali zbyt długo, ale ładnie młócili. Podobnie jak ładnie młóciła polska formacja The Heavy Clouds. Była moc, ale i sporo melodii, trzeba zwrócić na nich uwagę. Miło też, że w koszulce polskiego supportu na scenę wyskoczył basista gwiazdy wieczoru Cordell Crockett.

    „Aż szkoda iść”, powiedziała osoba stojąca obok mnie do swojego kolegi po ostatnich dźwiękach Everything About You. Myślę, że jest to bardzo dobre podsumowanie wieczoru. Tak dobre, że ode mnie innego nie będzie.
autor: Jakub "Bizon" Michalski

Galerie

Ugly Kid Joe [support: The Heavy Clouds/Yellow Cake] Warszawa, Proxima 25.04.2018

więcej >

tagi: UGLY KID JOE / RELACJA / KONCERT / PROXIMA / WARSZAWA /

...

patronaty



partnerzy