logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
STONE TEMPLE PILOTS
Stone Temple Pilots
16.03.2018
  • Po kilkunastu sekundach odsłuchu tej płyty pomyślałem sobie: „To brzmi jak Velvet Revolver”. Tyleż głupie, co w pewnym sensie uzasadnione skojarzenie. Głupie z jednego powodu – żaden z twórców tego albumu nie ma nic wspólnego z Velvet Revolver. Ale chwila, to przecież Stone Temple Pilots, a ich nowym wokalistą jest głosowy klon Scotta Weilanda – gościa, który obie te formacje łączył. Niełatwe zadanie stoi przed Jeffem Guttem. Jeśli on (i poziom jego sławy i uznania w środowisku) jest stopą, a sława poprzedników butami, to drobną, bardzo przeciętną jeśli chodzi o wielkość stopę musi wsadzić w buty, które mogliby nosić najwyżsi gracze NBA – i jakimś cudem nie wybić sobie zębów przy próbie chodzenia. Wchodzi do zespołu, w którym śpiewała nie jedna, ale dwie spore gwiazdy muzyki rockowej ostatnich 30 lat. Oczywiście STP utożsamiamy przede wszystkim ze zmarłym w grudniu 2015 roku Scottem Weilandem, ale nie zapominajmy także, że po drugim wywaleniu Weilanda z zespołu, przez kilka lat współpracował z grupą zmarły tragicznie w lipcu zeszłego roku Chester Bennington. Zastąpić jednego czy dwóch bardzo cenionych wokalistów to jedna sprawa – zastąpić wokalistów, którzy skończyli tak tragicznie i na zawsze stali się kolejnymi, którzy nie poradzili sobie ze sławą i na własne życzenie odeszli stanowczo zbyt młodo, to zadanie jeszcze trudniejsze, bo takie postaci zajmują w sercach fanów szczególne miejsce. Los takich grup jak Blind Melon czy INXS udowodnił, że nawet jeśli reszta składu trzyma się blisko, zadanie zastąpienia zmarłego tragicznie lidera może być misją z gatunku tych niemożliwych do wykonania. Tu tym trudniejszą, że z tych trzech formacji STP cieszyło się – śmiem twierdzić – zdecydowanie największą estymą. Zadanie staje się jeszcze trudniejsze (jeśli to w ogóle możliwe), gdy okazuje się, że nowy wokalista jest klonem tego najbardziej znanego.

    Niby powinien być to element sprzyjający zaakceptowaniu nowego głosu w grupie, w końcu fani nie będą musieli „przestawiać się” na nowy styl śpiewania czy nowe brzmienie wokalu. Ale w takim przypadku muszą pojawić się zarzuty o celowe szukanie klona, o podrabianie Weilanda, o jechanie na nostalgii. Ale z drugiej strony – no co ma gość poradzić, że brzmi niemal jak Weiland? Josh Kiszka został sensacją ostatnich miesięcy, bo brzmi jak Plant, a jego grupa idealnie imituje Zeppelinów. Tymczasem grupa, na czele której stoi Gutt, nie musi imitować innego zespołu. Może co najwyżej imitować… siebie. A czy to tak naprawdę powinno być dla kogoś problemem? Rok 2018 to ponowny debiut STP, można powiedzieć, że już trzeci, a może i czwarty, jeśli liczyć powrót Weilanda po rozpadzie Velvet Revolver. Ponowny debiut i ponownie z płytą zatytułowaną po prostu Stone Temple Pilots.
  • Ciekawy zabieg, poprzednia – ostatnia z Weilandem – nosiła dokładnie taki sam. Ta nowa po latach znana będzie pewnie jako Motyl, bo właśnie taki motyw mamy na okładce, no chyba że okaże się jedynym wydawnictwem z Guttem, to fani będą ją wtedy nazywać „tą z tym gościem, co brzmiał jak Weiland”. Taki już los tego typu wydawnictw.

    No dobrze, ale dość o zawiłościach historycznych. Czas skupić się na muzyce. A ta… no cóż – brzmi jak Stone Temple Pilots. Czasem jest ciężko, jak za najlepszych czasów grunge’u, z którym – mimo różnic geograficznych – utożsamiano STP ćwierć wieku temu. A czasem delikatnie, bardzo melodyjnie, niemal piosenkowo. Taką twarz też przecież panowie często pokazywali. Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem STP. Owszem, Core czy Purple to bardzo udane płyty, a widok Weilanda na wielkim fotelu to wciąż jedno z moich ulubionych wspomnień z MTV Unplugged, ale kolejnych płyt szczerze mówiąc w całości nigdy nie odsłuchiwałem i nie czułem większej potrzeby, żeby znać twórczość STP na wylot. Nie jestem więc żadnym znawcą tematu, ale z drugiej strony nie będę też analizował każdego utworu z nowej płyty pod kątem podobieństw do kompozycji starszych. Ot, albo mi coś brzmi, albo nie brzmi. A większość numerów z nowego albumu zdecydowanie brzmi.

    12 numerów i 48 minut – dość łatwo policzyć, że średnio panowie zabawiają nas przez cztery minuty. Czyli czadowe, dynamiczne kawałki bez przesadnych kombinacji, ale z rasowym rockowym brzmieniem lat 90. Jak już wspomniałem, dokładnie tak jest w otwierającym album Middle of Nowhere i ten klimat tu dominuje. Singlowe Meadow zdecydowanie wpada w ucho – jak to singlowe utwory mają w zwyczaju. W Six Eight mamy kapitalny groove, który sprawia, że ten jeden z krótszych numerów na płycie jest jednocześnie jednym z cięższych, ale i łatwiejszych do zapamiętania. Dla odmiany chwilę później w Thought She’d Be Mine dostajemy STP w wersji pół-akustycznej, niemal ogniskowej i to wszystko całkiem nieźle obok siebie brzmi. Bardzo przyjemnie buja nostalgiczne The Art of Letting Go, które – mam takie wrażenie – chyba mocno wiąże się z wydarzeniami z ostatnich lat. To zdecydowanie najspokojniejszy fragment płyty. Bujando i przyjemny klimat powrócą jeszcze na sam koniec w Reds & Blues, które zabiera nas w klimat amerykańskiego południa. Nie zapominajmy, że i takie numery STP od zawsze w zasadzie nagrywało. Dominuje jednak zdecydowanie dynamika, jak choćby w Roll Me Under, które znowu przywraca mocniejsze pieprznięcie w stylu pierwszej połowy lat 90. Zresztą w ogóle mam wrażenie, że w drugiej części płyta wcale nie traci na impecie, a wręcz przeciwnie – kapitalnie się rozkręca.
  • Numery typu Never Enough, Finest Hour czy Good Shoes dość łatwo wpadają w ucho, nie tracąc jednocześnie ciężaru i dynamiki. Przy Good Shoes wręcz trudno usiedzieć na miejscu, bo motoryka tego numeru dość szybko skłania do mniej lub bardziej skoordynowanych ruchów.

    Kłamałbym, którym napisał, że którykolwiek z numerów na tej płycie zrobił na mnie takie wrażenie jak niegdyś Big Empty, Plush, Creep czy Interstate Love Song. Ale z drugiej strony – czy na pewno o to właśnie chodziło? Zespół po naprawdę ciężkich przejściach wrócił i w końcu ma szansę na trochę stabilizacji. Oczywiście jest już w zupełnie innej sytuacji – teraz przy mikrofonie ma nie wielką gwiazdę, a nieznanego szerzej gościa z talent show. Ale może właśnie to będzie dobra okazja do sprawdzenia się i udowodnienia wszystkim, że w STP oprócz charyzmy Scotta ważne były też po prostu kompozycje? Mimo że wielkim fanem wciąż nie będę, to jednak z jakiegoś powodu kibicuję im i mam nadzieję, że jednak powiedzie im się z nowym wokalistą lepiej niż wspomnianym już wcześniej formacjom Blind Melon i INXS, które popadły w zapomnienie mimo prób powrotu. Stone Temple Pilots to przyjemna i bardzo solidna płyta. Może nie jest zaskakująca, na pewno nie jest wybitna, ale wstydzić nie mają się czego. A i gdy na chwilę wyłączy się myślenie, to czasem przy odsłuchu wyda się, że to przecież wciąż ten sam zespół ze Scottem.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: STONE TEMPLE PILOTS / RECENZJA /

...

patronaty



partnerzy