logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
THREE DAYS GRACE
Outsider
09.03.2018
  • Zwykle unikam wykonawców z Kanady (filmów też), jakoś tak mam, ale czasem warto zrobić wyjątek. Na pewno dla alternatywnej metalowej formacji Three Days Grace powstałej w 1997 roku, która swój debiut fonograficzny zanotowała 15 lat temu. Od tego czasu panowie równo co trzy lata prezentują nową muzykę, a w międzyczasie musieli uporać się z odejściem współzałożyciela i wokalisty grupy Adama Gontiera. Nawet tak istotna zmiana nie zakłóciła godnej szwajcarskiego zegarka precyzji procesu wydawniczego – miejsce lidera w 2013 roku zajął Matt Walst, brat basisty Three Days Grace, który znakomicie wywiązał się z roli nowego frontmana (Gontier był lepszy warsztatowo, Walst więcej krzyczy, dzięki czemu muzyka zyskała na mocy), a kolejna płyta ukazała się zgodnie z planem w 2015 roku. Minęły kolejne trzy lata, pora więc na następny, szósty już krążek Kanadyjczyków. Wydany wiosną Outsider na pewno nie rozczaruje fanów zespołu – to potężna dawka solidnego gitarowego rocka, na tyle mocnego, by nie zawieść nadziei miłośników ciężkiego grania bez popowych, komercyjnych kompromisów, oraz na tyle przebojowego, by zapamiętać i nucić niektóre utwory. Innymi słowy – jest dokładnie tak samo jak wcześniej, i to jest dobra wiadomość. A chwilami nawet lepiej…

    Outsider opowiada o poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi, tak przynajmniej twierdzi basista Brad Walst. Muzycznie Kanadyjczycy jeszcze bardziej pożeglowali w stronę nu metalu. to po części wynik siłowego wokalu Matta, do którego dostosowano kompozycje. Zespół umiejętnie łączy ciekawe, potężne riffy z wpadającymi w ucho melodiami, a to przepis na niemal pewny sukces. Tak było w pilotującym wydawnictwo utworze The Mountain, identycznie w drugim singlu Infra-Red z zaraźliwym refrenem. Płytę otwiera dynamiczny, sunący niczym walec Right Left Wrong i przyznam, że ja wolę takie oblicze Three Days Grace, surowe, posępne, bez wycieczek w stronę mainstreamu. Tu na pierwszy plan wysuwa się nagranie Me Against You z kapitalnym podkładem i agresywnym wokalem Walsta oraz równie mroczne, poprzedzone świetnym intro Strange Days. Najcięższy w zestawie wydaje się jednak Chasing The First Time, utwór dość prosty w konstrukcji, którego siłą są wgniatające w fotel gitary. Na przeciwnym biegunie jest pełna dramatyzmu ballada Love Me Or Leave Me, w której delikatne tło i stłumiony wokal znakomicie ze sobą współgrają, tworząc transowy, niepokojący klimat. Aż szkoda, że piosenka trwa zaledwie 3 minuty.

    Three Days Grace to nazwa warta zapamiętania. W czasach, gdy klasycy z Linkin Park robią popową tandetę, dobrze że są grupy wierne numetalowym tradycjom. Płyta Outsider to dla mnie najlepszy album Kanadyjczyków (obok One-X i debiutu), pełen różnych smaczków idealny kompromis między przebojowością a rockową zadziornością.


autor: Sławek Orski

tagi: THREE DAYS GRACE / OUTSIDER / 2018 / RECENZJA /

...

patronaty



partnerzy