logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
SUEDE
The Blue Hour
21.09.2018
Ocena:
  • Wstałam rano,zrobiłam kawę i wrzuciłam w odsłuch nowych Suedów, AD2018.

    Już od pierwszego utworu As One czuć wyraźne podążanie w kierunku gotyckich mroków i kościelnych chórów. Połączenie sekcji smyczkowej z gitarowymi solówkami i chóralnymi śpiewami skutecznie, acz mało inwazyjnie wkręca się w ucho. Momentami nawet miałam wrażenie, że Suede wypożyczyło sobie wokalistę Lacrimosy. Jednak dynamiczne przejście do następnego utworu Wastelands bardzo szybko sprawia, że chce się słuchać dalej. Może nie piejąc z zachwytu, ale to utwór w starym, dobrym stylu Suede. Lekki, łatwy i przyjemny w odbiorze. W sam raz na kontynuację porannego rozruchu. Zaryzykowałabym, że nawet taki trochę Wilsonowy w klimacie, gdyby nie jego fortepianowe zakończenie z żeńską "melorecytacją" w tle. Właściwie po odsłuchaniu dwóch utworów, można się spodziewać, że w dalszej części będzie to dynamiczna i zróżnicowana klimatycznie płyta. I taka właśnie jest, chociaż dynamika zupełnie nie przejawia się tu nigdzie trzaskającą i huczącą perkusją. Porównałabym ją do zaokiennej jesieni. Momentami łagodna, momentami energetyczna i z pewnością nienachalna. Całość jest zdecydowanie zrównoważona i spójna. Dźwięki płyną swobodnie, nie drażnią ucha zbytnim natężeniem, a jednak przyciągają uwagę subtelnymi zmianami rytmicznymi w czasie trwania poszczególnych utworów, jak chociażby w Beyond The Outskirts. To co podoba mi się w tej płycie najbardziej to brak nudy. Nie ma kiedy jej odczuć, ponieważ instrumentarium użyte w poszczególnych utworach co chwilę wprowadza inne brzmienia. Użycie grzmiących organów i ciężko brzmiących chórów niemalże "wikingowych" w Chulk Circles, nie pozwala się nudzić i kiedy zaczyna pojawiać się lekkie oczekiwanie na więcej takich ciężkości, następuje nagły zwrot akcji i powrót do skocznej, niemalże piosenkowej rytmiki.

    Z pewnością jest to płyta, która nie przytłacza. Słucha się jej bardzo dobrze. Taka idealna wybudzanka na początek dnia. Nie męczy uszu odbiorcy, a pozwala się jesiennie zadumać na chwil kilka, jak i delikatnie potrząść rewersem w codziennej krzątaninie. Promujący ją Life is Golden, to poniekąd lekka przekrojówka, która zdradza czego można się na niej spodziewać, chociaż podobnie jak kobieta, nie zdradza swoich największych walorów od razu. To co najbardziej mnie urzekło na tej płycie, to świetne połączenie smyczków i recytacji w Roadkill. Króciutki utwór pełen napięcia i atmosfery grozy, rodem ze średniowiecznego klasztoru. Chyba jedyną wadą, jaką na niej odnalazłam, to właśnie zbyt mało takich momentów. Odczuwam zdecydowany niedosyt.

    Na pewno jest to dobra płyta nie tylko na jesień i kilka odsłuchów.
  • Może rewersu nie urywa i nie powala głębią, ale też nie odstrasza. Z pewnością wrócę do niej nieraz przy porannej kawie, a może i kilka razy późniejszą porą poleci choćby All The Wild Places, w którym królują smyczki, flet, dosyć zaskakująca jak na Suede harfa (przynajmniej zaskakująca dla mnie) oraz "walcowate" tempo, w sam raz na długie wieczory z kubkiem herbaty. A może częściej też posłucham The Invisibles. Rozkołysanego, sprawiającego wrażenie filmowej ścieżki dźwiękowej z doskonale znanego słuchaczowi obrazu, w którym wiodącą rolę drugoplanową gra tamburyn i kilka innych "osobliwości".

    Zamykający ją Flytipping jest w moim odbiorze podsumowaniem wszystkich smaczków, okraszony spokojną i prostą linią melodyczną basu, bardzo podkreślającą klimat całości. Smaczków które wrażliwe ucho znajdzie w tle każdego z utworów, a na dodatek lekką podróżą w post-rocki, którą można czytać jako zapowiedź klimatu kolejnych płyt Suede.

    W mojej zupełnie subiektywnej i nieprofesjonalnej ocenie, The Blue Hour to bardzo mocna siódemka (po pierwszym odsłuchu) w dziesięciostopniowej skali ocen. Autorka zastrzega sobie prawo do podniesienia oceny, w miarę zwiększania liczby odsłuchów :)

    Z jesiennym pozdrowieniem.

autor: Katarzyna Tyniula Olechnowicz

tagi: SUEDE / BRETT ANDERSON

...

patronaty



partnerzy