logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Relacje
STEVEN WILSON
Łódź - Wytwórnia / Kraków - Klub Studio
7/8.02.2019


  • Kto zagląda regularnie do działu RELACJE z pewnością orientuje się już, kim jest Steven Wilson. Po wyprzedanych występach w lutym ubiegłego roku i wakacyjnej wizycie we Wrocławiu jeden z najbardziej ukochanych artystów nie tylko przez fanów rocka progresywnego wrócił do Polski na dwa koncerty. W jakim kierunku zmierza? Co zmieniło się od jego ostatniej wizyty w naszym kraju?

    To nieprawdopodobne, ale w ramach trasy promującej "To The Bone" Steven Wilson zagrał w Polsce aż pięć koncertów. Co więcej wszystkie "zmieściły się w okresie 12 miesięcy. W związku z tym zarówno w Łodzi jak i w Krakowie trudno było znaleźć osobę, która miała możliwość podziwiania tej konkretnej muzyczno-wizualnej koncepcji po raz pierwszy. Aby sprostać oczekiwaniom fanów i nie zanudzić tym samym zestawem, artysta wprowadził kilka zmian w setliście. Tym sposobem w Łodzi i w Krakowie zabrzmiały "Don't Hate Me" z porywającą improwizacją Stevena na gitarze, eteryczny "Get All You Deserve", zgrabnie połączony z wieńczącym pierwszą część wieczoru genialnym "Ancestral", pełen eksperymentów i muzycznych dialogów "No Twilight Within The Courts Of The Sun", mroczny, porażający magnetyzmem i wywołujący ciarki na całym ciele "Index", wzruszający "Song Of Unborn" oraz wykonany na bis po raz pierwszy na żywo od niemal dziesięciu lat akustyczny "Sentimental".

    Fantastycznie zabrzmiały także "Vermillioncore", ubarwiony performance Wilsona i Holzmana, którzy rozpoczęli go grać w maskach, hipnotyzujący "Sleep Together", monumentalny "Home Invasion", wspólnie zaśpiewany ze Stevenem przez fanów "The Sound Of Muzak" oraz wieńczący dwuipółgodzinny koncert jeden z najlepszych utworów artysty "The Raven That Refused to Sing". Nie zabrakło też miejsca dla flagowych kompozycji z "To The Bone", na czele z singlowymi "Pariah", "Nowhere Now" i "The Same Asylum As Before" oraz uwielbianej przez Bosonogiego pochwały radości życia w postaci "Permanating", który jednak umieszczony w zaplanowanym porządku utworów pomiędzy mrocznym "Index" i transowym "Song Of I" zburzył na kilka minut klimat koncertu.

    Poszczególnym kompozycjom jak zwykle towarzyszyły bardzo ciekawe wizualizacje. W szczególności ujęły mnie widoki londyńskich ulic spowitych mgłą i deszczem podczas "Don't Hate Me", urzekające pięknem bajkowe obrazy stworzeń zamieszkujących oceany w trakcie "Song Of Unborn", rytmicznie poruszające się roboty podczas "Detonation", a także budząca postrach postać widoczna za wyświetlanym na wizualizacji oknem i stopniowo zbliżająca się w jego kierunku.

    Czym poza setlistą różniły się tegoroczne występy od tych z lutego i lipca 2018? Przede wszystkim na prośbę artysty zrezygnowano z miejsc siedzących na rzecz stojących, co sprawiło, że odbiór występów stał się bardziej naturalny dla tego rodzaju muzyki, a w bardziej energetycznych momentach chętni mogli potańczyć i się pobujać.
  • Tym razem zakaz fotografowania nie był rygorystycznie egzekwowany i wykonanie kilku pamiątkowych ujęć nie stanowiło większego problemu. Dlaczego? Nie było takiej potrzeby - publiczność w tej kwestii zachowała się bardzo dyskretnie, nie świecąc artystom w oczy lampą błyskową i nie wkładając ekranów telefonów w twarz.

    Steven był tym razem nieco mniej rozmowny, co prawdopodobnie wynikało głównie z samopoczucia i walki z przeziębieniem, które doskwierało mu podczas obu wieczorów. Wykazał się jednak pełnym profesjonalizmem, gdyż mimo kaszlu utrudniającego śpiewanie wszystkie utwory wykonał czysto i z pełnym zaangażowaniem, za co należy mu się największy szacunek. Szczerze dziękował wszystkim za przybycie, także w języku polskim, uśmiechał się i nisko kłaniał. Nie zabrakło także opowieści o Fenderze Telecasterze z 1963 roku i wpływie na jego twórczość takich artystów jak Jimi Hendrix, Prince i Jimmy Page.

    Pomimo, że w Łodzi i Krakowie zespół wykonał dokładnie tę samą setlistę, koncerty nieco się różniły, chociażby nastrojem i atmosferą. Łódzką Wytwórnię w czwartkowy wieczór odwiedziły osoby spragnione muzycznego spektaklu i zatopienia się w urzekającej pięknem wilsonowej melancholii, które podziwiały zespół na scenie chłonąc płynące ze sceny dźwięki w ciszy i skupieniu i nagradzając owacjami po każdym utworze. Z pewnością nie bez wpływu pozostawało tutaj doskonałe nagłośnienie klubu, które wprawiło niejednego słuchacza w osłupienie i zachwyt. Natomiast krakowskiemu koncertowi z racji piątku i perspektywy weekendu towarzyszyła luźna atmosfera zabawy. Bardzo pasowało to zespołowi - Steven wyraźnie dał do zrozumienia, że ekscytacja i entuzjazm fanów w postaci oklasków, okrzyków i tańca pod sceną są dla muzyków jak woda na młyn, dzięki czemu grają jeszcze lepiej, podkreślając nieco niesprawiedliwie dla wszystkich osób obecnych w Łodzi, że początkowe powitanie zespołu w Krakowie było znacznie cieplejsze niż wszystkie owacje razem wzięte poprzedniego wieczoru.

    Krakowski koncert różnił się od łódzkiego jeszcze jednym drobnym, acz istotnym szczegółem. Na wybranych występach styczniowo-lutowej trasy wprowadzono udogodnienie dla wszystkich dobrze sytuowanych bywalców koncertów - spotkanie z artystą obejmujące wcześniejsze wejście na salę, udział w próbie oraz pamiątki w postaci płyty z autografami, zdjęć i laminatu, dodatkowo płatne niezależnie od ceny biletu na koncert. Niestety podobne spotkanie nie odbyło się w Łodzi, przez co fani tam obecni mogli poczuć się pokrzywdzeni. Tym samym Steven Wilson dołączył do niechlubnego grona artystów, którzy oczekując zapłaty za możliwość osobistego spotkania i zamienienia kilku słów dzielą swoich sympatyków pod względem finansowym.

    Co natomiast nie uległo zmianie w porównaniu do poprzednich występów? Na pewno skład i zaangażowanie całego zespołu i ekipy technicznej.
  • W trakcie obu wieczorów pięciu muzyków dało z siebie wszystko, ubarwiając występy scenicznymi żartami, uśmiechając się do siebie i dzieląc się energią z fanami. Szczególnie dało się to odczuć w Krakowie, gdy w momentach kryzysowych Steven przeprowadził zabawny quiz, próbując rozstrzygnąć źródło problemów technicznych z instrumentami i nagłośnieniem, dając tym samym czas obsłudze sceny na opanowanie sytuacji. Nie zmieniła się ekspresja sceniczna Stevena, wciąż grającego na boso i przeżywającego utwory na swój wyjątkowy sposób, nie pozwalając oderwać od siebie wzroku.

    Łódzki i krakowski występ Stevena Wilsona były ostatnimi w Polsce przed zapowiedzianą osiemnastomiesięczną przerwą, podczas której artysta zamierza skupić się na nagraniach nowego albumu. W jakim kierunku pójdzie, tego oczywiście nie wiadomo. Jedno jest jednak pewne - niezależnie od tego, czy będzie to płyta popowa, rockowa, alternatywna, progresywna, metalowa czy nawet jazzowa, warto na nią czekać, gdyż niewątpliwie będzie intrygująca.



    (blog autorki: https://miedzyuchemamozgiem.blogspot.com)
autor: Aleksandra Olcia Wojcińska

tagi: STEVEN WILSON / TO THE BONE

...

patronaty



partnerzy