logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
DREAM THEATER
Distance Over Time
22.02.2019
  • The Astonishing to pierwsza płyta Dream Theater, której nie kupiłem. To dość stanowczy krok dla kogoś, kto do tej pory kupował wszystkie albumy studyjne i koncertowe oraz większość oficjalnych bootlegów grupy, a jednocześnie cierpi na ten rodzaj zbieractwa, przy którym brak jednej czy dwóch płyt w dużej kolekcji jest nie do zniesienia niczym niedomknięta szuflada albo firanka zaczepiona o kwiatek (ups, przy okazji wydało się też inne moje dziwactwo…). A jednak The Astonishing nie kupiłem. Ani wtedy, ani przez kolejne trzy lata. To było zbyt wiele. Potrafiłem odnaleźć ciekawe rzeczy na dwóch pierwszych płytach po odejściu Mike’a Portnoya, choć nie zachwycały mnie jako całość. Niestety The Astonishing było kilkoma krokami za daleko. Postawiłem na tym zespole krzyżyk. Na premierę Distance Over Time – pierwszej płyty Dream Theater od trzech lat – nie czekałem wcale. Nie ekscytowałem się, nie wypatrywałem dat i pierwszych szczegółów. Kompletny brak zainteresowania. I może dlatego – wobec całkowitego braku oczekiwań – jestem na niej w stanie znaleźć pewne pozytywy, co nie miało miejsca przy poprzedniczce.

    Pierwszym, bardzo dużym zresztą plusem, jest to, że album w wersji podstawowej trwa niecałą godzinę. Jednym z największych grzechów The Astonishing było rozwleczenie nudnej słowno-muzycznej opowieści do niebotycznych rozmiarów. Tu grupa postawiła na w większości dość zwarte jak na siebie numery, których w dodatku jest zaledwie dziewięć. I choć dwa pierwsze single – Untethered Angel i Fall into the Light – zupełnie nie zrobiły na mnie wrażenia, a pierwszy wręcz wynudził i irytował, to już singiel trzeci – Paralyzed – był światełkiem w tunelu, które przy bliższej inspekcji nie okazało się nadjeżdżającym pociągiem. Tu jest moc, jest dynamika, ale jest też całkiem niezła melodia i przede wszystkim nie ma bezsensownej muzycznej gimnastyki ciągnącej się w nieskończoność. Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam A Change of Seasons czy Octavarium – najdłuższe utwory w dorobku Dream Theater, których długość znacznie przekracza w obu przypadkach 20 minut. Ale od dobrej dekady miałem wrażenie, że robi się z tego sztuka dla sztuki. W Paralyzed zespół postawił na zwarty przekaz muzyczny i ja to kupuję.

    Poza singlami mamy tu jeszcze sześć numerów, w których… jest różnie. Na plus na pewno zapisuję czterominutówkę Room 137 – pierwszą kompozycję z tekstem Manginiego, która zwróciła moją uwagę głównie dzięki ciekawym, nieco beatlesowskim chórkom pod koniec. Podoba mi się też lekkość w Barstool Warrior. Mój największy zarzut dotyczący ostatnich albumów DT to właśnie jej brak.
  • Mam wrażenie, że panowie coraz częściej stawiają na łomot i próby pokazania wszystkim, że potrafią grać ciężko, tymczasem rzadko wychodzi to tak dobrze jak w Paralyzed. W Barstool Warrior postawili na melodie i wspomnianą lekkość – sprawdziło się to całkiem nieźle, a gdzieniegdzie można nawet usłyszeć echa fragmentów suity Six Degrees of Inner Turbulence. Tę lekkość i przestrzeń mamy też w najkrótszym na płycie Out of Reach. Może i nieco rzewnym, ale na pewno posiadającym pewien urok. Wychodzi więc na to, że te czterominutówki grupie wychodzą ostatnimi czasy zaskakująco przyzwoicie. O dziwo nie nudzi także jeden z najdłuższych utworów na płycie, zamykający album Pale Blue Dot. Nie jest to na pewno numer, który postawiłbym wśród najwybitniejszych kompozycji grupy, ale ma ciekawy klimat, łączy przyjemną melodykę z mroczniejszymi, intensywniejszymi fragmentami i generalnie jest „jakiś”. Warto też wspomnieć o dziesiątej kompozycji, dostępnej tylko na niektórych wydaniach płyty. Viper King to kompozycja nieco w stylu Deep Purple czy Rainbow, więc w sumie nie dziwię się, że jest tu nieco na doczepkę, bo stylistycznie do albumu nie pasuje. Ale to bardzo przyjemny, niezbyt skomplikowany, hardrockowy numer, który wpada w ucho, choć według mnie lepiej zabrzmiałby zaśpiewany przez kogoś z niższym, „brudniejszym” głosem.

    14. album studyjny Dream Theater trafi głównie do tych fanów grupy, którzy nie skreślili zespołu po odejściu Mike’a Portnoya, ale po premierze The Astonishing uznali, że mają dość. To tylko pewien procent wszystkich fanów grupy, ale wcale nie taki mały. Nieprzekonanych do obecnego wcielenia formacji Distance Over Time też nie przekona, ale jeśli ktoś polubił dwie pierwsze płyty z Manginim, to raczej powinien dać szansę nowej propozycji zespołu. Grupa zagrała dość bezpiecznie, wracając do sprawdzonych patentów. Po niezbyt udanym eksperymencie z 2016 roku nie ma tu śladu… no, poza tym, że to wciąż ta sama piątka wykonawców, a perkusja wciąż brzmi jak bezduszny automat. Czy po premierze tego albumu jestem w stanie wykrzesać z siebie choć trochę sympatii dla grupy, którą wciąż uwielbiam za kilka dawnych płyt? Tak. Czy nowy album przywraca mi wiarę w to, że jeszcze kiedyś szczerze zachwycę się świeżą płytą Dream Theater? Pomidor.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: DREAM THEATER / DISTANCE OVER TIME / 2019 / RECENZJA

...

patronaty



partnerzy