logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
BLACK MOUNTAIN
Destroyer
24.05.2019
  • Oczekiwania musiały być ogromne. IV – wydany w 2016 roku ostatni do niedawna album kanadyjskiej formacji Black Mountain – to jedna z moich dwóch ulubionych płyt tamtego rocznika. Ba, to w ogóle jedna z moich ulubionych współczesnych płyt. Co prawda od wydania tego krążka z obozu zespołu nie dochodziły zbyt pozytywne wieści, ale nawet zmiana basisty (wrócił dawny), perkusisty i wokalistki (spowodowana odejściem perkusisty) – jednego z dwóch głównych głosów w zespole – nie osłabiły mojej wiary w to, że nowy materiał ponownie mnie zachwyci. I faktycznie zachwycił. Momentami.

    Destroyer to opowieść inspirowana ostatnimi latami z życia lidera grupy, gitarzysty i wokalisty Stephena McBena, który w wieku dość zaawansowanym postanowił w końcu zdobyć prawo jazdy. Radość i wolność, którą zaczął odczuwać, gdy ruszył w swoje pierwsze samochodowe wyprawy, natchnęła go do napisania niektórych utworów z nowej płyty. Nic więc dziwnego, że dominuje na niej dynamika, ciężar, dzikość, a czasami i pewnego rodzaju surowość i pierwotność. Jeśli ktoś zakochał się w Black Mountain dzięki pięknemu psychodelicznemu Space to Bakersfield czy przestrzeniom w Defector, to może mieć problem z przyswojeniem tej nowej płyty i z jej brzmieniem. I pewnie dlatego ja też miałem z nią na początku pewien problem. Zbyt mocno uwielbiam IV, żeby to odejście od jej brzmienia nie stanowiło dla mnie problemu. Ale gdy się osłuchałem lepiej z nowym materiałem, okazało się, że dość szybko mnie do siebie przekonuje.

    Jak już pisałem, jest raczej mocno i dynamicznie oraz gęsto. Właściwie od samego początku. Future Shade rozpoczyna płytę na wysokich obrotach, nawiązując brzmieniem do najbardziej dynamicznych kompozycji z poprzedniczki. Tak na wszelki wypadek, gdybyśmy jednak mieli wątpliwości, czy po tych zmianach personalnych to wciąż jest ten sam zespół. Gęścizna brzmieniowa dominuje w High Rise, w którym dzieje się jeśli chodzi o aranżację tyle, że trudno to wszystko jednocześnie ogarnąć. Po bardzo przyjemnym, klimatycznym początku, solidnie, nieco 'paranoidowo' pędzi też Licensed to Drive, które faktycznie idealnie nada się jako ścieżka dźwiękowa do szybkiej jazdy. Równie ciężko choć bardziej monumentalnie jest w Boogie Lover, które w dodatku przyjemnie wygasza się pod koniec. W podobnym monumentalnym klimacie mamy także Horns Arising, które wręcz wgniata w fotel potężnym brzmieniem. Zabieg z wokoderem też całkiem ciekawy.

    To jednak wcale nie znaczy, że cała płyta jest taka właśnie dynamiczna, intensywna i wysokokaloryczna. Pretty Little Lazies przynosi miłą odmianę swoim pół-akustycznym brzmieniem i nieco większą przestrzenią w aranżacji oraz letnim klimatem i psychodelicznym zamknięciem.
  • Mniej ciężaru mamy też w najkrótszym na albumie, przesiąkniętym brzmieniem klawiszy Closer to the Edge, które w zasadzie jest swego rodzaju przerywnikiem między dłuższymi kompozycjami. Moim faworytem na tej płycie jest jednak numer, który ją kończy – FD’72. Tu gęstość brzmienia została wykorzystana nieco inaczej. Numer ma znakomity, psychodeliczny, niemal mistyczny klimat, który wspaniale sprawdza się na końcu wydawnictwa. W roli głównej klawisze, ale zwrócić uwagę należy też na bardzo przyjemną linię wokalu, która sprawia, że numer wpada w ucho. Jeśli któryś utwór z Destroyera postawiłbym na jednej półce z najlepszymi rzeczami z IV, to właśnie ten.

    Gdybym miał się do czegoś mocniej przyczepić, to chyba do brzmienia. Mam wrażenie, że wszystkiego jest tu za dużo, że zespół przesycił przestrzeń dźwiękową, że jest zbyt gęsto i zbyt głośno. Płyta poprzednia była pod tym względem dużo bardziej przestrzenna, pozwalała złapać oddech. To chyba przeszkadza mi w trakcie odsłuchu nowego wydawnictwa najbardziej. Bo muzycznie, choć niewątpliwie nie jest to płyta, którą będę uwielbiał tak samo jak poprzednią, jest naprawdę bardzo ciekawie i różnorodnie. To album, który udanie rozpoczyna nową erę w historii Black Mountain i daje nadzieję, że przed grupą i przed nami jeszcze sporo świetnej muzyki sygnowanej tą nazwą.

autor: Jakub "Bizon" Michalski

tagi: BLACK MOUNTAIN / DESTROYER / 2019 / PŁYTA / RECENZJA

...

patronaty



partnerzy