logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
ROBIN TROWER
Coming Closer to the Day
22.03.2019
  • Są tacy wykonawcy, przy których już przed przesłuchaniem nowego albumu mniej więcej wiadomo, co można będzie o nim napisać. Nie wymyślają prochu na nowo, ale grają swoje i robią to dobrze. Taki właśnie jest 74-letni dziś Robin Trower, w latach 60. członek Procol Harum, który od wielu lat regularnie dostarcza kolejne płyty wypełnione muzyką bluesową na solidnym poziomie i cieszy się sporym uznaniem wśród fanów gitarowego grania. Nic tu odkrywczego, nic wielkiego, lecz słucha się tego naprawdę dobrze. Dlaczego? Bo jest to szczere granie doświadczonego muzyka, pozbawione bajerów i produkcyjnych sztuczek, bez których wielu dzisiejszych idoli nie potrafi się obejść. Trower wychodzi i gra, na dodatek ma prawdziwy talent do pisania chwytających za serce rozleniwionych ballad. Nowy album gitarzysty zatytułowany Coming Closer to the Day też kilka takich perełek przynosi. Może nie na poziomie słynnego Bridge of Sighs, ale nie tak znowu odległych. Poza głębokim głosem artysty, czaruje przede wszystkim brudne, garażowe, pachnące Hendrixem brzmienie jego gitary. Dodam, że Trower sam gra na wszystkich instrumentach poza perkusją.

    Tutaj nie ma hitów. Wydany na singlu promującym wydawnictwo utwór Tide of Confusion nie jest ani najlepszy, ani reprezentatywny dla reszty. Przeciwnie, radzę go nawet pominąć. Dużo lepiej wypadają utrzymane w średnim tempie Truth or Lies (radiowy numer, dużo lepszy na singiel), otwierający płytę Diving Bell (ze slide’owym riffem) czy The Perfect Wrong z początkiem przywodzącym na myśl Come Together Beatlesów. Jednak crème de la crème albumu stanowią bluesowe pościelówy, a jest ich tu całkiem sporo. Od nieco żwawszej kompozycji tytułowej, przez zwiewną Don’t Ever Change, aż po trzy prawdziwe cudeńka, dla których warto sięgnąć po ten krążek: Ghosts z uroczo łkającą gitarą, delikatnie jazzujące Little Girl Blue i Lonesome Road, absolutny majstersztyk z porywającą solówką mistrza. Tu nic nie trzeba dodawać.

    Robin Trower interesująco skomentował tytuł płyty: „Nie ma co się oszukiwać i wiem, że jestem bliżej końca niż początku. Ale ani trochę mnie to nie przeraża. Gdybym umarł jutro, czułbym się jak ktoś pobłogosławiony możliwością osiągnięcia tego wszystkiego, co osiągnąłem jako muzyk”. Piękne słowa i jakże mądre. Mam nadzieję, że do tego ostatecznego dnia jeszcze daleko i będzie mi dane wysłuchać kilku kolejnych, równie pięknych albumów. Jeśli nic się nie zmieni, kolejny ukaże się w 2022 roku. Już czekam.

autor: Sławek Orski

tagi: ROBIN TROWER / COMING CLOSER TO THE DAY / 2019 / RECENZJA /

...

patronaty



partnerzy