logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Recenzje
THE ROLLING STONES
Blue And Lonesome
2.12.2016
Ocena:
  • Ciężko jest recenzować płyty, które muzycy nagrywają bardziej dla samych siebie niż dla swoich fanów oraz gdy taki album powstaje po ponad dziesięciu latach przerwy od poprzedniego. I na dodatek nie ma na nim żadnego autorskiego utworu. Kto może sobie pozwolić na taką kaskaderską operację? Tylko najwięksi. The Rolling Stones.

    Jak bardzo nie lubię płyt z tzw. coverami, tak mocnym sentymentem darzę The Stones. Zabierałem się więc do "Blue & Lonesome" jak pies do jeża. Czym bliżej było do jej premiery tym bardziej stawała mi się obojętna. Tak być może mój organizm reagował na nerwy związane z najnowszym dziełem Micka Jaggera, Keitha Richardsa, Rona Wooda i Charliego Wattsa bo ciężko znoszę rozczarowania jeśli chodzi o jednych z bohaterów dzieciństwa. Tak, mogę porównać ich do postaci niczym z komiksu, sam jako dzieciak słuchając "Sticky Fingers" czy "Steel Wheels" stawałem się jednym z najbardziej charyzmatycznych frontmanów w historii muzyki, przechadzając się po pokoju z pięścią imitującą mikrofon.

    Drżącymi dłońmi odpaliłem sprzęt. Przesunąłem fotel naprzeciw głośników. Włożyłem płytę do odtwarzacza i po raz ostatni rzuciłem okiem na prostą, lecz wyrazistą okładkę "Blue & Lonesome". Same bluesy, dwanaście kompozycji z prehistorii, wyciągnięte przez The Stones niczym stare zabawki ze strychu. Play. Krążek zaczął się kręcić.

    Muszę jednak przyznać, że Rolling Stones wybrnęli z sytuacji obronną ręką. Nie twierdzę, że nagrali najlepszą płytę w swojej karierze, ani najbardziej potrzebną z całej dyskografii. Zarejestrowali sesje, podczas których sami się dobrze bawili. "Blue & Lonesome" spowodował, że odczułem zwyczajny relaks przy odsłuchu. Może dlatego, że niczego po tym krążku nie oczekiwałem? Nie stawiałem prywatnych roszczeń w stosunku do muzyków, którzy noszą tatuaże rock’n’rolla? Po prostu wysłuchałem, tak jak wnuk słucha opowieści dziadka, jak syn – ojca. A potem jeszcze raz, i raz, i raz… Naprawdę nie jest to dla nich najważniejsza płyta, jednak potrafiąca sprawić przyjemność. To tyle albo aż tyle w czasach bezlitosnej produkcji, bezdusznych utworów pisanych przez ludzi z rządzą zysku. Rolling Stones jawią się tutaj niczym profesorowie, którzy nie zabiegają w żaden sposób o audytorium swoich wykładów – ono po prostu jest.

    Wyłączyłem wzmacniacz, wysunąłem szufladę odtwarzacza i schowałem płytę do plastikowego pudełka. Chwilę jeszcze siedziałem w milczeniu, zdając sobie sprawę, że chłopaki sprawili mi po prostu radość, niezamierzoną w odbiorze przecież, bo długo opierałem się przed tym albumem.
  • Przypomniałem sobie, że takie same uczucia towarzyszyły mi w momencie, gdy zaczynałem przygodę z Rolling Stones jako dzieciak. I wtedy zostaliśmy takimi jakby kumplami, bo w sumie dużo rzeczy się w moim guście zmieniało, a oni na tej półce byli.

    Bo prawdziwi kumple o sobie nie zapominają.

autor: Adam Widełka

tagi: THE ROLLING STONES

...

patronaty



partnerzy