logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Relacje
WISHBONE ASH
Gomunice, Klub Bogart
29.01.2017
  • Andy Powell ponownie odwiedził Polskę z obecnym wcieleniem Wishbone Ash, tym razem na cztery koncerty. Obok dużych miast, jak Poznań czy Wrocław, na rozpisce polskiej mini-trasy organizowanej przez firmę Cinematographer Productions znalazło się miejsce dla znajdującego się w podradomszczańskiej wsi Gomunice kultowego już klubu Bogart, którego ściany gościły w ostatnich latach wielu uznanych wykonawców rodzimych i zagranicznych.

    Choć Powell jest od ponad dwóch dekad jedynym członkiem oryginalnego składu wciąż grającym w Wishbone Ash, reszta muzyków też ma już w grupie spory staż. Wystarczy wspomnieć, że w tym roku mija dziesięć lat odkąd Andy Powell, Muddy Manninen, Bob Skeat i Joe Crabtree wystepują wspólnie pod tym szyldem i jest to najdłuższy okres z jednym składem w historii zespołu. Z jednej strony można marudzić, że to tak naprawdę tylko ćwierć klasycznego Wishbone Ash, ale chyba nie było na sali klubu Bogart osoby, która miałaby prawo narzekać na jakość koncertu zagranego przez obecny skład grupy.


    W setliście dominowały oczywiście utwory z pierwszych pięciu płyt grupy – tych, które po dziś dzień uważane są za szczytowe osiągnięcia pierwszego, klasycznego składu Wishbone Ash (oraz niemal równie cenionego składu drugiego w przypadku płyty piątej). Z tego najbardziej popularnego okresu w historii zespołu usłyszeliśmy takie rockowe klasyki jak Phoenix (z debiutu), Jail Bait (z Pilgrimage), The King Will Come, Blowin’ Free, Throw Down the Sword, Warrior (z legendarnego Argusa) czy Rock ‘n Roll Widow (z albumu Wishbone Four) oraz Lady Jay i Persephone z płyty numer pięć – There’s the Rub. Mnie najbardziej ucieszyły kompozycje z albumu Argus, ale fantastycznie zabrzmiał zagrany na bis piętnastominutowy Phoenix. Bardzo miłą niespodzianką była uwielbiana w naszym kraju kompozycja Persephone, której zespół podczas obecnej trasy na żywo nie wykonywał (nawet dzień wcześniej w Poznaniu). Podobno to efekt próśb polskich fanów.


    Nie da się ukryć, że grupy z takim stażem, zwłaszcza grające w zestawieniu osobowym znacznie odbiegającym od tego najbardziej znanego, mają często problem z zainteresowaniem słuchaczy swoimi nowymi wydawnictwami, ukazującymi się zresztą z czasem coraz rzadziej. Ale mimo wszystko w koncertowym repertuarze znalazło się tym razem miejsce dla kilku kompozycji nowszych, pochodzących już z płyt wydanych w XXI wieku, w tym z ostatniego jak na razie krążka studyjnego, wypuszczonego w 2014 roku – Blue Horizon. Z tej płyty usłyszeliśmy zahaczające momentami o country rocka Way Down South oraz Take it Back. Utwory zostały nie tylko bardzo dobrze przyjęte przez publiczność, ale i dało się gdzieniegdzie słyszeć głosy szczerego zachwytu z powodu obecności tych mniej znanych numerów w setliście. Z mniej znanych kompozycji warto też odnotować instrumentalne The Spirit Flies Free z wydanej w 1987 roku płyty Nouveau Calls – pierwszej po kilkunastu latach nagranej w oryginalnym składzie – a także kapitalne, taneczno-rockowe Open Road, które porwało publiczność, pochodzące z nagranej z Johnem Wettonem na basie płyty Number the Brave z 1981 roku.



  • Przed Wishbone Ash zaprezentowała się ceniona i doświadczona polska formacja progresywna Lizard, która zrobiła bardzo dobre wrażenie, a na deser zaserwowała słuchaczom cover 21st Century Schizoid Man, a także kanadyjski muzyk Steve Hill – jednoosobowa orkiestra. Hill śpiewał, grał na gitarze i obsługiwał skromny zestaw perkusyjny jednocześnie, a całość utrzymana była w atrakcyjnej dla ucha blues-rockowej stylistyce. Także on pokusił się o ukłon w stronę klasyki rocka, przemycając trochę Hendrixa i Zeppelinów w swoim secie.


    Zespół w świetnej formie, kapitalna setlista (zabrakło mi tylko Sometime World do pełni szczęścia, ale ten numer słyszałem siedem lat temu w warszawskim klubie Proxima), bardzo dobre brzmienie i fantastyczne światła (każdy koncertowy fotograf doceni – brawa dla klubu za zainwestowanie w naprawdę dobry sprzęt), a do tego spory tłum ludzi (około dwustu osób) pod sceną. To koncert z cyklu tych, po których naprawdę nie ma na co narzekać. Na powrót Wishbone Ash w klasycznym składzie nie ma już chyba co liczyć, więc niech ta obecna odsłona formacji gra jak najdłużej, bo panowie wciąż są w gazie, a młodzi muzycy na całym świecie nadal mają się czego od nich nauczyć.
autor: Jakub "Bizon" Michalski

Galerie

WISHBONE ASH Gomunice, Klub Bogart 29.01.2017

więcej >

tagi: WISHBONE ASH

...

patronaty



partnerzy