logo
matecznik dźwięków niebanalnych
Relacje
RIVAL SONS
Warszawa, Klub Progresja
18.02.2017
  • Wydaje się, że pięć lat to dla zespołu muzycznego zaledwie chwila, ale czasami doskonale widać w tym przedziale czasowym przemianę, jaką przechodzi większość formacji, zwłaszcza tych wciąż dość młodych. Za przykład posłużyć nam może grupa Rival Sons, wizerunek jej muzyków, profesjonalizm podczas koncertów, lecz także sama popularność grupy. Pięć lat temu zapełniali malutką warszawską Hydrozagadkę, grając dla około 300 osób, nieco ponad dwa lata temu ich koncert został przeniesiony z niewiele większych Hybryd do trochę większej, lecz wciąż nieimponującej raczej rozmiarami Proximy.

    Swój piąty koncert w Polsce muzycy Rival Sons zagrali w największym koncertowym klubie stolicy – Progresji – i przyciągnęli imponujący tłum, liczący około 1300 osób. Zagrali według mnie najlepszy ze swoich polskich koncertów, bo choć te ich pierwsze skromne występy były niesamowite pod względem energii scenicznej i aury, którą na tej scenie tworzyli, teraz są zespołem lepszym muzycznie, bardziej świadomym tego, jak postępować z dużym tłumem i jak zdobyć serca publiczności.W relacjach z koncertów często pojawiają się epitety takie jak "wyjątkowy" czy "jedyny w swoim rodzaju". Może dla fanów tak, ale zespoły często grają kilkadziesiąt dokładnie takich samych koncertów, które z ich perspektywy często niewiele się różnią. Ten jednak był wyjątkowy i mówię to z pełnym przekonaniem.

    Polska publiczność pokochała Rival Sons. Po występie, podczas rozmów z fanami, muzycy wciąż byli zachwyceni nie tylko frekwencją, ale także żywiołowością i entuzjazmem publiczności (no może poza małym incydentem z podchmielonymi fanami koncertowych przepychanek, którzy sprowokowali Jaya Buchanana do krótkiej przemowy na temat kopania zgromadzonych pod sceną fanek po głowach). Wyjątkowa była też setlista i to podkreślają zarówno ci, którzy byli na koncercie, jak i fani z całego świata, którzy z zazdrością czytali po fakcie spis wykonanych utworów. Dostaliśmy dwie kompozycje więcej niż fani, którzy byli na wcześniejszych występach, w tym trzy utwory, które na tej trasie były grane raz czy dwa (a w jednym przypadku wcale). To była jak do tej pory absolutnie najlepsza setlista na tej trasie.


    To przejdźmy do zawartości tej wyjątkowej setlisty. Początek to już tradycyjnie dla tej trasy trzy pierwsze kompozycje z nowej płyty Hollow Bones, którą zespół ma wreszcie szansę porządnie promować po serii koncertów z Black Sabbath, podczas których grupa wykonywała skrócony set przekrojowy. Potem powrót na trzy kolejne kompozycje do płyty poprzedniej – Great Western Valkyrie (w tym jak zawsze kipiące energią Secret oraz kapitalnie bujające i skłaniające do wspólnych śpiewów Where I’ve Been) – oraz niespodziewanie szybki trójpak z płyty Pressure & Time – tytułowy, Burn Down Los Angeles i Gypsy Heart. I tu mieliśmy pierwsze ze wspomnianych niespodzianek, bo ostatnie dwa były na tej trasie wykonywane zaledwie raz.
  • Serię niespodzianek kontynuował Belle Star z płyty Great Western Valkyrie – kompozycja grana przez zespół niezwykle rzadko (na tej trasie raz). Ten utwór otworzył zresztą nieoficjalnie drugą część występu, składającą się w dużej części z utworów nieco dłuższych i bardziej złożonych, czego świetnym przykładem było klimatyczne Fade Out, a także jeden ze starych faworytów publiczności, Face of Light. Fani najwcześniejszych wydawnictw Rival Sons dostali też Tell Me Something z debiutu oraz Torture z wydanej niedługo po nim EP-ki. To zresztą kompozycja, która na koncertach brzmi wyjątkowo i chyba nikt już nie wyobraża sobie występów Rival Sons bez tego utworu. Prosty, trzyminutowy numer na żywo zmienia się w niemal dziesięciominutową bombę, którą wespół z muzykami tworzą fani, wyśpiewując wokalizy z refrenu czasem przez dobrych kilka minut po zakończeniu właściwej części kompozycji. Wspólne śpiewy nie ustały zresztą już do samego końca, bo sprzyjał im zarówno refren Open My Eyes (kolejny faworyt publiczności), jak i krótka wokaliza z kapitalnej drugiej części Hollow Bones oraz refren przebojowego Keep on Swinging, które tradycyjnie już kończy koncerty zespołu.


    Grali przez niemal dwie godziny i trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktoś mógł wyjść z tego koncertu zawiedziony. Tu absolutnie nie było się do czego przyczepić. Kapitalna setlista, znakomity kontakt z żywiołową i liczną publicznością, ciekawa koncepcja całości (fanów rozgrzewał DJ prezentujący stare rockowe i rockandrollowe standardy oraz amerykański poeta Derrick Brown, recytujący swoje wiersze do podkładu muzycznego z laptopa), fenomenalna forma wokalna Jaya Buchanana (obniżenie tonacji kilku utworów z pewnością jest zbawieniem dla jego strun głosowych, bo chłop daje z siebie wszystko i często kończy się to koniecznością odwoływania jednego czy dwóch koncertów w środku trasy – na razie na szczęście wszystko przebiega bez problemów), znakomicie zgranie instrumentalistów.

    No właśnie, instrumentaliści. W tym zespole w zasadzie nie wiadomo, na kogo kierować wzrok, bo każdy jest na swój sposób gwiazdą swojego kawałka sceny. Prawdziwym bohaterem był gitarzysta Scott Holiday, który wymieniał gitary tak często jak Axl Rose stroje sceniczne, a na każdej z nich wyczarowywał kapitalne, tnące powietrze dźwięki. No i ta stylówa… Michael Miley dyrygował publicznością zza zestawu perkusyjnego niczym wodzirej. Basista Dave Beste sprawia wrażenie tak skupionego na tym, co robią jego koledzy i co sam musi robić, że można by posądzić go o zbytnią powagę, ale już po koncercie uśmiechał się szeroko, pozując do zdjęć. I jeszcze ZZ Todd – Todd Ogren-Brooks. Facet, który przyciąga uwagę mimo, że nie wychodzi zza zestawu klawiszy. Todd nie jest nawet oficjalnym członkiem grupy, choć dla fanów nie stanowi to żadnej różnicy – jest uwielbiany na równi z pozostałą czwórką, a wibrujące dźwięki, które wydobywa ze swoich instrumentów, już na stałe wpisały się w brzmienie Rival Sons.
  • Tych pięciu gości zaczarowało warszawską publiczność.

    Jeśli ktoś twierdzi, że nie porwał go ten koncert, to był na jakimś innym występie. Mam przeczucie, że kolejny koncert Rival Sons w warszawskiej Progresji (lub w innym klubie o podobnej pojemności) będzie wyprzedany. Zasługują na to.
autor: Jakub "Bizon" Michalski

Galerie

RIVAL SONS Warszawa, Klub Progresja 18.02.2017

więcej >

tagi: RIVAL SONS

...

patronaty



partnerzy