Rockserwis.fm
Matecznik dźwięków niebanalnych
Przed chwilą
Za chwilę
Zaloguj się
O nas
Jak słuchać radia
Ramówka
Audycje
Ludzie
Co było grane
Podcasty
Gadżety
Wesprzyj nas
Wydarzenia
Koncerty
Recenzje
Relacje
Galerie

Recenzja

LUCIFER

III

20.03.2020

Ocena:

autor:
Jakub „Bizon” Michalski

blog autora:

https://muzycznyzbawicielswiata.blogspot.com/

Szwedzko-niemiecka formacja Lucifer regularnie stawia kolejne kroki w stronę retrorockowej czołówki. W zaledwie sześcioletniej historii grupy następowało już wiele przetasowań w składzie, a na poprzednich płytach grali muzycy tworzący okazałą międzynarodową mieszankę, ale od samego początku zarządza tym wszystkim charyzmatyczna wokalistka, Johanna Sadonis. Pierwsza płyta utrzymana była w klimatach okultystycznego doom rocka -- było z jednej strony dość melodyjnie, ale jednocześnie monetami całkiem ciężko i raczej surowo w kwestii aranży i produkcji. To był ciekawy start, jednak według mnie druga płyta przebiła debiut atrakcyjnością brzmienia oraz jeszcze większym naciskiem na dobre, rockowe melodie. Po wymianie w zasadzie całego składu Johanna odeszła nieco od doomrockowych klimatów i poszła w stronę cholernie melodyjnego retro rocka, co bardzo mnie cieszy. Jeszcze bardziej cieszy mnie to, że kierunek ten kontynuuje mocniej na trzecim albumie grupy, zatytułowanym Lucifer III.

Johanna ma też od drugiej płyty nowego wspólnika życiowo-zawodowego w osobie znanego szwedzkiego multiinstrumentalisty i wokalisty Nicke Anderssona (m.in. The Hellacopters, Entombed), który został nowym perkusistą zespołu oraz mężem wokalistki. Ta dwójka kieruje teraz poczynaniami Lucifera i dobiera odpowiednich muzyków. Obecnie są to Harald Göthblad (bas), Martin Nordin oraz Linus Björklund (obaj gitara, znani zapewne słuchaczom naszej stacji z takich grup jak VOJD czy Dead Lord), choć za część partii gitarowych na płycie odpowiadał też prawdopodobnie Andersson. Efektem ich pracy jest jak dla mnie najlepsza z dotychczasowych płyt grupy. Na trójce mamy wszystko to, co sprawiało, że dwójki słuchało się tak dobrze -- chwytliwe melodie, dobrą produkcję i świetny, retro-rockowy klimat -- ale nie brakuje tu też kilku odniesień do nieco mroczniejszej jedynki.

Na album składa się dziewięć numerów trwających 39 minut, co sprawia, że jest to najkrótsze wydawnictwo zespołu, ale to nie szkodzi. Może nawet dokłada się to do ogólnej bardzo dobrej oceny płyty. Bo trójka to właściwie parada potencjalnych rockowych przebojów -- petarda od początku do końca. Startują z wpadającym natychmiast w ucho Ghosts, którzy urzeka prostymi rockowymi zagrywkami i charakterystycznym, niezwykle przyjemnym wokalem Johanny. I z tego wysokiego poziomu rockowej chwytliwości i przebojowości nie schodzimy właściwie przez cały album, może z wyjątkiem nieco mniej przebojowego, za to przyjemnie ciężkiego Coffin Fever. Do moich faworytów zaliczają się na pewno także nawiązujący nieco muzycznie do pierwszej, cięższej płyty, lecz jednocześnie potwornie (w tym kontekście to chyba dobre słowo) wręcz melodyjny Midnight Phantom, nieco spokojniejszy, tajemniczy Leather Demon (znakomite solowe partie gitar i zacny sabbathowy riff), Pacific Blues, którego refren wchodzi do głowy od pierwszego odsłuchu i za nic nie chce z niej wyjść, a także piękny, odrobinę spokojniejszy w początkowej fazie od większości płyty numer Cemetery Eyes, który album zamyka i ponownie zapewnia solidną garść melodii i motywów, które słuchacz rozpoznaje znakomicie właściwie już od drugiego odsłuchu, a do tego rozkręca się tak, że końcówka brzmi niczym Sultans of Swing na wspomagaczach. Ale naprawdę nie pozbyłbym się z tego krążka ani jednego z tych dziewięciu numerów.

Fani zwabieni nazwą Entombed pewnie będą równie zawiedzeni jak ci, którzy kilka lat temu wśród członków pierwszego składu widzieli muzyka grupy Cathedral. To zupełnie inny muzyczny klimat. Jeśli chodzi o podejście do okultyzmu, czarnych mocy i innych mrocznych tematów, to grupa Lucifer idzie raczej ścieżką Ghosta, tyle że zachowując głównie rockandrollowy image, bez przebieranek i całej tej groteskowej otoczki. To taki trochę scooby-doo rock, ale przypadku obu szwedzkich formacji sprawdza się znakomicie. Ci, którym podoba się muzyka takich zespołów jak Spiders, Purson, wspomniany Ghost czy może nawet wczesne Blues Pills będą bardzo zadowoleni. Ja jestem. Nie ukrywam, że wraz z tym albumem Lucifer wkracza, cały na czarno, do czołówki moich współczesnych retrorockowych grup.

Używamy plików cookies w celu ułatwienia korzystania z naszej strony.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich wykorzystywanie.