Rockserwis.fm
Matecznik dźwięków niebanalnych
Przed chwilą
Za chwilę
Zaloguj się
O nas
Jak słuchać radia
Ramówka
Audycje
Ludzie
Co było grane
Podcasty
Gadżety
Wesprzyj nas
Wydarzenia
Koncerty
Recenzje
Relacje
Galerie

Recenzja

Blackfield

For The Music

4.12.2020

Ocena:
★★★★★★★★★★

autor:
Aleksandra Wojcińska

blog autorki:

https://miedzyuchemamozgiem.blogspot.com/

Jest kilku takich artystów, którzy zamieniają w złoto niemal wszystko, czego się podejmą. Należy do nich z pewnością Steven Wilson, który niezależnie od tego, czy nagrywa własne płyty, współpracuje z kolegami z zespołów, czy zajmuje się miksowaniem i remasteringiem klasycznych albumów muzyki rozrywkowej zawsze czyni to z klasą i wyczuciem. Potrafi odnaleźć się niemal w każdym gatunku i z każdej "muzycznej sytuacji" wyjść obronną ręką.

To przede wszystkim dzięki jego umiejętnościom dwie pierwsze płyty Blackfield - duetu, który stworzył z izraelskim multiinstrumentalistą Avivem Geffenem były niemal doskonałe w swojej estetyce i idealnie łączyły artrockowe wyrafinowanie, przystępność, refleksyjność i popową przebojowość.

Później współpraca skręciła na inny tor. Trzecia i czwarta płyta, które powstały bez udziału Wilsona, nie były już takim sukcesem. Gdy artysta powrócił do projektu, by nagrać "piątkę", wszystko nabrało żywszych barw i świeżości… znów było pięknie, emocjonalnie, nostalgicznie i stylowo.

A jaka jest szósta płyta Blackfield? No właśnie… trudno to jednoznacznie określić. Nagrania zaaranżowane przez Geffena nie do końca się bronią. Wilson co prawda zaśpiewał w 3 utworach, ale to niestety niewiele pomogło. "For The Music", choć ma niezłe momenty, niestety nie dorównuje najlepszym dokonaniom projektu. Zdecydowanie bliżej mu do nie do końca udanej czwórki.

Z jednej strony potwierdza się wyżej wspomniana reguła o kompozytorskim wpływie Stevena Wilsona, a fragmenty albumu atakują niemal komercyjnymi, ogranymi popowo-tanecznymi patentami, które wchodzą w głowę niezależnie od tego, czy słuchacz tego chce, czy nie, podobnie jak pozornie niezobowiązująca muzyka towarzysząca zakupom w galeriach handlowych czy ograne do granic możliwości słodziutkie i ociekające lukrem piosenki świąteczne. Takie właściwości ma np. "Summer's Gone". Z drugiej strony są bardzo wyraźne przebłyski wypracowanego przez lata stylu, choćby w "Garden Of Sin", "Falling" czy "Over And Over".

To płyta pop, ale bez błysku. Artysta starał się bardzo, by zawrzeć na niej ogrom targających nim emocji, jednak nie do końca udało się to zrównoważyć dźwiękami. Są tu piękne, chwilami wzruszające fragmenty, są jednak też kompozycje nastawione na przebojowość, w których te emocje bezpowrotnie giną. Brakuje też nieco kompozytorskiego sznytu, tej niezwykłej iskry, dzięki której utwory nabierały charakteru.

To wydawnictwo jest niespodzianką, której posłuchałam z ciekawością. Ci, którzy czytają moje recenzje regularnie pewnie też już się orientują, że jestem jedną z ostatnich osób, która chciałaby się szufladkować w jednym konkretnym gatunku i wydawać osądy na temat dźwięków tylko i wyłącznie na podstawie własnych sympatii. Podsumuję to następująco - warto tej płyty posłuchać, by wyrobić sobie własne zdanie i może po kilku odsłuchach odnaleźć tam coś dla siebie.

Używamy plików cookies w celu ułatwienia korzystania z naszej strony.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich wykorzystywanie.