Rockserwis.fm
Matecznik dźwięków niebanalnych
Przed chwilą
Za chwilę
Zaloguj się
O nas
Jak słuchać radia
Ramówka
Audycje
Ludzie
Co było grane
Podcasty
Gadżety
Wesprzyj nas
Wydarzenia
Koncerty
Recenzje
Relacje
Galerie

Recenzja

STEVEN WILSON

The Future Bites

27.01.2021

Ocena:

autor:
Jakub Bizon Michalski

blog autora:

http://muzycznyzbawicielswiata.blogspot.com/

Nowa płyta Stevena Wilsona to zawsze spore wydarzenie w świecie fanów muzyki progresywnej. I nic to, że to, co obecnie tworzy angielski wokalista, multiinstrumentalista i producent nijak ma się do prog rocka. Ci sami ludzie, którzy niegdyś czekali na jego nowe płyty z zapartym tchem, teraz traktują je przeważnie w kategoriach ciekawostki i zastanawiają się, czy będzie się dało wytrzymać do końca, czy może odpuścić sobie po dwóch, góra trzech numerach. No cóż, niewątpliwie nowy album, The Future Bites, którego premierę przecovidzono o ponad pół roku, zniechęci jeszcze większą grupę niegdysiejszych fanów Wilsona, niż poprzednia jego solowa płyta, To the Bone. Czy zapewni mu nowych? Tu mam pewne wątpliwości, bo jednak trudno muzykowi rockowemu zdobyć zainteresowanie fanów innych gatunków. Z drugiej strony, nie sądzę, by Wilson był muzykiem na tyle rozpoznawalnym poza światem rocka, żeby tłumy potencjalnych słuchaczy jego nowej płyty uciekały na widok jego nazwiska. Wiele pytań i wątpliwości związanych z tą płytą już na początku tego tekstu, no ale to jest właśnie album, który wiele wątpliwości, a nawet kontrowersji wzbudza.

Największym problemem tej płyty jest to, że w zasadzie wszyscy mają na jej temat opinię, choć jeszcze się nie ukazała. Opinia oparta jest oczywiście na nagraniach, które zostały wcześniej udostępnione, a było ich sporo, bo skoro premiera została znacznie przesunięta, trzeba było w międzyczasie coś fanom podrzucać. W efekcie na ładnych kilka tygodni przed premierą krążka znaliśmy już ponad połowę materiału zawartego na The Future Bites, więc oceny nie były tak całkiem bezpodstawne. Ci, którym spodobały się te pierwsze utwory, będą zadowoleni po usłyszeniu całości. Ci, którzy zdążyli się do albumu zniechęcić po tych czterech kompozycjach, i tak już się do niego nie przekonają, choćby cała reszta była dużo lepsza. Jaka jest ta płyta? No cóż, dość spójna – to trzeba Wilsonowi przyznać. Wiele z tych utworów przesiąka klimat lat 80. Tak jest z otwierającym album dyptykiem Unself / Self. Początek bardzo spokojny, chłodny, subtelny, klimatyczny, nagle druga część wchodzi dynamicznym rytmem rodem z numerów George’a Michaela, Prince’a czy późnego Bowie’ego (i nie uważam tego wcale za wadę). Ten kawałek singlem nie był, ale spokojnie być mógł, bo to fajny, krótki, taneczny numer z niezłym klimatem. Przyjemnie jest też w King Ghost, w czym udział ma zarówno mocno ejtisowe tło klawiszowe, przywodzące na myśl salony gier wideo, jak i przeszywające falsety Wilsona. Choć nie wiem, czy słowo „przyjemnie” w kontekście tej płyty jest właściwe, bo Steven śpiewa o rzeczach bardzo nieprzyjemnych, krytykując konsumpcjonizm, wciskanie ludziom ładnie zapakowanego gówna (oraz pozwalanie na to z naszej strony) i inne równie słabe sytuacje, które wcale nie muszą odnosić się tylko do dystopijnej przyszłości. Spotkałem się już z opiniami, że można podciągnąć to pod autoironię, biorąc pod uwagę zawartość płyty. No cóż, tu się nie zgodzę jednak, ale o tym może później. Wróćmy do muzyki. 12 Things I Forgot nieco wyłamuje się z tej ejtisowej układanki, bo to akurat numer, który klimatem bardziej nawiązuje do ostatnich płyt Porcupine Tree, ale też do poprzednich solowych krążków Wilsona – Hand. Cannot. Erase i To the Bone. To taki numer, który bardzo łatwo byłoby zagrać na plaży albo przy ognisku, bo wszelkie elektryczne wstawki są w zasadzie tylko dodatkiem do prostego, akustycznego szkieletu kompozycji. Nie wiem, czy umieszczenie go na albumie nie zaburza nieco klimatu płyty. Chyba lepiej pasowałby w to miejsce któryś z „bisajdów”, np. Move Like a Fever.

12 Things I Forgot mogło wprawić słuchacza w nieco radośniejszy nastrój (oczywiście mowa tu bardziej o muzyce niż tekście), ale kolejny ze znanych już wcześniej numerów – Eminent Sleaze – nastrój ten burzy posępnym klimatem i przybrudzonym brzmieniem. A jednocześnie jest to przecież kolejny numer z cholernie chwytliwym refrenem rodem z popu czy nawet R&B. Gdyby ten numer zaśpiewała jakaś mainstreamowa gwiazda u szczytu popularności, dajmy na to Christina Aguilera czy wspomniany już George Michael, byłby z tego naprawdę spory przebój. Man of the People to ładny, spokojny numer, choć raczej nie będzie kompozycją zapadającą najbardziej w pamięć. Coś zupełnie przeciwnego można powiedzieć o zdecydowanie najdłuższej kompozycji na płycie, niemal dziesięciominutowym Personal Shopper. To bez wątpienia kluczowy punkt tego wydawnictwa, doskonale już zresztą znany fanom. To współczesny odpowiednik długich, progresywnych kompozycji z płyt Porcupine Tree czy choćby z The Raven That Refused to Sing. Nie, nie twierdzę, że w czymkolwiek je przypomina brzmieniowo. To numer z dyskotekowym beatem i chwytliwym, ponownie wspomaganym żeńskim chórkiem refrenem. Jednak aranżacyjnie i kompozytorsko to utwór równie ambitny co wcześniejsze długie progresywne wyskoki Wilsona. No i znowu ejtis na całego. Nieprzypadkowo przez długie miesiące, gdy kompozycja ta utrzymywała się na wysokich miejscach w Czwartkowym Czarcie radia Rockserwis FM, umieszczaliśmy na Facebooku dla żartów w trakcie jej trwania gify z tańczącymi synchronicznie, umięśnionymi panami w spandeksowych, pastelowych wdziankach ze wspomnianej dekady. Przecież to pasuje do siebie idealnie! A jednocześnie nie sposób odmówić tej kompozycji uroku. No i jeszcze ciekawostka w postaci niejakiego Eltona Johna – ikony pop – przedstawiającego listę niepotrzebnych zakupów w środkowej części utworu. Nie da się nie zauważyć tutaj podwójnej autoironii, bo nie tylko pojawia się głos gościa, który znany jest z wydawania fortuny na różne ekstrawaganckie zachcianki, ale w tekście pojawiają się także wzmianki o specjalnych „deluxe boxach” i innych wyjątkowych wydaniach płyt, którymi kusi się słuchaczy, choć ci już kilka razy tę samą płytę w różnych wersjach kupili. Tak, The Future Bites jest dostępna w różnych atrakcyjnych wersjach, a za kilka lat zapewne pojawią się kolejne, z nowymi dodatkami. Hipokryzja? Raczej (auto)ironia.

Kapitalnie brzmi dynamiczne, rockowo-nowofalowe Follower – po tytule łatwo skojarzyć, że tym razem Wilson wsadza pogrzebacz w oko celebrytom robiącym wszystko, by pozyskać kolejnych „followersów” w mediach społecznościowych. Jazgotliwa, przesterowana gitara w tym numerze to zdecydowanie najbardziej rockowy element The Future Bites. Z utworów, których nie znaliśmy na długo przed premierą, najbardziej ujął mnie jednak numer zamykający płytę – Count of Unease. Delikatny wokal, klawiszowe tło z elementami ambientu, spokojne tempo, subtelna melodia – rzecz tyleż w klimacie znajomym fanom Wilsona, co nawiązująca też w pierwszej części choćby do instrumentalnych wycieczek Bowie’ego z czasów trylogii berlińskiej. Oszczędny, ale piękny numer na zakończenie płyty, chyba jedyny na niej, który odchodzi od chwytliwych motywów, wpadających w ucho refrenów i popowej konstrukcji.

Domyślam się, że ta płyta przerazi fanów Wilsona, którzy pokochali go za progresywne, klimatyczne granie i niekoniecznie lubią wyskoki w kierunku muzyki lat 80., czy klimatów tanecznych. Rozumiem to. A ja przekornie nazwę The Future Bites płytą progresywną. Bez słowa „rock”. Czyż progresja nie miała polegać między innymi na tym, że artysta poszukuje, eksperymentuje, nie stoi w miejscu? Śliski to temat, bo oczywiście można kontrargumentować, że gdyby nagrał płytę disco polo, to też należałoby nazwać ją progresywną w kontekście jego dyskografii. Pewnie nie miałbym argumentu, który by takie twierdzenie obalił. Nie popadajmy jednak w skrajności. The Future Bites to nie jest prosta płyta dyskotekowa z utworami, których stworzenie zajęło pięć minut i wymagało tylko naciśnięcia jednego przycisku na klawiaturze. To przemyślany, zmyślnie i bogato zaaranżowany album progresywnopopowy. Nie każdemu się spodoba. Ba, nie spodoba się większości fanów Porcupine Tree czy pierwszych solowych płyt Wilsona. Rozumiem to, nie będę nikogo przekonywał na siłę. Mnie samemu daleko do zachwytów. Wolę klimaty In Absentia czy znienawidzonego przez niektórych, określanego przez nich mianem plagiatu King Crimson albumu The Raven That Refused to Sing. Dla mnie to jest Wilson, którego lubię najbardziej. Rozumiem jednak jego potrzebę ciągłego poszukiwania nowych muzycznych wyzwań i jako ktoś, kto w ostatnich latach mocno otworzył się na dźwięki niekoniecznie rockowe, doceniam The Future Bites, bo według mnie jest to płyta bardziej wyrazista od dwóch poprzednich solowych albumów Wilsona czy od ostatnich dokonań Blackfield. Nie twierdzę, że lepsza – bardziej wyrazista.

Używamy plików cookies w celu ułatwienia korzystania z naszej strony.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na ich wykorzystywanie.